Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 27 grudnia 2011

49. Netherlands - Zwolle


A oto mój ostatni off. Pewnie spora część postcrosserów uznałaby go za brzydki. Tym bardziej, że to przecież Holandia, kraj z którego pocztówki przestają cieszyć po kilku tygodniach/miesiącach uczestniczenia w wymianie pocztówek przez PC. Może i rzeczywiście widziałam pocztówki o wiele ładniejsze, a w dodatku, powiedzmy sobie szczerze, mając offy z zaledwie 15 stu krajów (na 31 pocztówek otrzymanych, matematyka jest prosta, ponad połowa to powtórki krajów), liczyłam na coś nowego. Ostatnio nowy kraj - Hong Kong przywędrował do mnie 15-stego listopada, więc naprawdę kolejna Holandia nie jest szczytem marzeń. Kiedy jednak porównałam tę pocztówkę z innymi jakie otrzymałam z tego kraju, stwierdziłam, że nie jest źle, bo: 
1) nie jest  handmade, których nie znoszę, po 2) nie jest to śmieciowa reklamówka, taka jaka np. ta, która od miesiąca leży sobie u mnie gdzieś na półce - zwykły folder reklamowy przysłany w kopercie, bez numeru ID, po 3) nie jest to też dubel! po 4) nie jest to  także jakaś stara, wyblakła, wygnieciona pocztówka, ewidentnie świadcząca o tym, że komuś zalegała w szafie.  Wszystkie powyższe miałam wątpliwą przyjemność otrzymać właśnie z Holandii. Wreszcie: po 5) było nie było jest to WIDOKÓWKA, a naprawdę to nie jest tak oczywiste dostać z Holandii kartkę z widoczkiem, nawet multi, chociaż prosisz po prostu o wysłanie jakiejś kartki z miejsca gdzie mieszka adresat/z państwa z którego pochodzi. A zatem, pomimo, że to multiview, śmiem sądzić, że to jedna z najładniejszych i najfajniejszych pocztówek holenderskich, jaką dostałam, tym bardziej, że jest w standardowym rozmiarze, a adresatka w dodatku napisała mi kilka słów o swoim mieście - widocznym na pocztówce Zwolle. Jest to miasto w północno-wschodniej Holandii, nad rzeką IJssel, w pobliżu jej ujścia do zbiornika IJsselmeer, ośrodek administracyjny prowincji Overijssel. Około 99 tys. mieszkańców. Jak pisze adresatka - Gonny, jest to stare miasto, ostało się w nim sporo zabytków, widocznych na zdjęciach. Centrum miasta otacza stary kamienny mur, który często służy za miejsce przechadzek i spacerów mieszkańców. Jak widać znajdują się tu także stare zabytkowe kościoły... adresatka wspomina także coś o jakichś tarasach, cokolwiek ma na myśli, ja nie bardzo wiem ;)

niedziela, 18 grudnia 2011

48. Niemcy - Berlin - Brama Brandenburska

Co jest widoczne na pocztówce powyżej nie trzeba nikomu tłumaczyć. Sądzę, że niewiele jest takich osób, które nie kojarzą tego symbolu państwa niemieckiego, bo tym niewątpliwie dla Niemców jest Brama Brandenburska. Dokładnie mówiąc, budowla ta symbolizuje Pokój i Wolność.
Pocztówkę tę otrzymałam od Anusigd, około miesiąca temu. Właściwie powinnam chyba napisać, że otrzymałam ją od Ani i jej Mamy, gdyż to Ani Mama zakupiła ją w Berlinie, jako nagrodę loteryjną dla mnie. Żeby otrzymać pocztówkę należało zgadnąć do jakiego miasta na wycieczkę wybiera się Ani Mama. Strzeliłam, że Berlin, bo uznałam, że z Gdańska jest dość blisko do Berlina, że jest to idealne miejsce na jednodniową wycieczkę. W dodatku  jak się to mówi, najciemniej pod latarnią, często najtrudniej się wybrać tam, gdzie mamy dość blisko i to było kolejnym powodem wyboru tego właśnie miasta. Jak się okazało, mój strzał, pierwszy zresztą w całej loterii, okazał się jedynym trafnym i oto proszę, jakiś czas później do mojej skrzynki pocztowej zawitała to oto kartka.
Przyznaję, że nieco mnie ona zadziwiła. Zaskoczyło mnie to, że z tej perspektywy Brandenburg Tor nie wydaje się tak ogromna jak na większości pocztówek, zdjęć czy ujęć filmowych. Powiedziałabym nawet, że wprost przeciwnie, sprawia wrażenie niewielkiej. Wrażenie to, choć oczywiście to tylko zaburzenie perspektywy, pogłębia słup wody wyrzucany z fontanny, który jak się może wydawać, sięga do szczytu Bramy, aż do zwieńczającej ją Kwadrygi. Z rzeźbą tą zresztą wiąże się interesująca historia. Mianowicie, Po bitwie pod Jeną-Auerstedt Napoleon zabrał kwadrygę do Paryża, gdzie zamierzał ją umieścić na stałe, nie doszło jednak do tego z powodu obalenia dyktatora. Po zajęciu Paryża gen. Ernst von Pfuel został komendantem pruskiego sektora stolicy Francji. Jemu to właśnie zawdzięczają berlińczycy powrót Wiktorii na Bramę. W 1814 ludzie Blüchera zapakowali Kwadrygę w skrzynie i odesłali do Berlina, gdzie ją odrestaurowano.
A ja jeszcze na koniec dodam, że Brama Brandenburska mnie osobiście kojarzy się... z jednym z ostatnich odcinków "Czterech Pancernych i Psa". Pewnie pamiętacie, m.in. tę scenę? (jedyna z Bramą w tle, jaką znalazłam):



wtorek, 13 grudnia 2011

47. Polska - Moszna

Co tu dużo gadać. Powyższa pocztówka ewidentnie "zalatuje" photoshopem. Moim zdaniem jest podrasowana niczym Madonna przed sesją fotograficzną. Oczywiście zachody słońca nadają rożnym obiektom aurę tajemniczości i bardzo specyficzny charakter, sądzę jednak, że takie kolory nie są dziełem natury. Nie, żebym jakoś bardzo miała to za złe autorowi pocztówki/zdjęcia. Nie, ta pocztówka mi się bardzo podoba. I zdaję sobie sprawę, że po prostu twórca miał tu konkretny zamysł. Pocztówka miał być gotycka. Tak samo jak i widoczny na niej pałac. Efekt zamierzony udało się osiągnąć jak widać, nawet czcionka przypomina tę z plakatów horrorów osadzonych w realiach nawiedzonych zamczysk.
  Muszę przyznać, że gotyk i neogotyk to obok secesji mój ulubiony styl architektoniczny. Żałuję, że w moim rodzinnym mieście gotyku nie oświadczysz w ogóle, bo w średniowieczu Katowice porastały zapewne lasy, a neogotyku, też tyle co kot napłakał. Najbardziej w tym stylu podoba mi strzelistość, oraz duża ilość malowniczych wieżyczek, wyglądających równocześnie, dość paradoksalnie, na smukłe i masywne. Z gotykiem też kojarzy mi się jeden z moich ulubionych obrazów, który, co nie powinno dziwić, powstał w romantyzmie (epoka wielkich rewolucji często sięgała do motywów gotyckich, patrz np. "Katedra Marii Panny w Paryżu - Victora Hugo). Mam na myśli obraz Caspara Davida Friedricha  Opactwo w dąbrowie, na którym wśród konarów dębów i półmroku widać ruiny gotyckiego opactwa.
  Z czym jeszcze kojarzy mi się ta pocztówka? Z wycieczką, jaką odbyłam tam jeszcze podstawówce ze swoją klasą. Nawet nie potrafię dokładnie powiedzieć, w jakim roku to było, byłam chyba w 5-tej albo 6-stej klasie i miło to wspominam, szczególnie rozległy park okoliczny oraz interesujące wnętrza (oczywiście udostępniono nam tylko część pałacu, gdyż jest on siedzibą Centrum Terapii Nerwic). Pamiętam też chwyt marketingowy, jakim jest kościotrup w jednym z okien wieży. Oczywiście uraczono nas jakąś pseudolegendą związaną z powyższym kościotrupem. No cóż, miejsca takie jak stare zamczyska i  tzw. ,,psychiatryki "często są bogate w tajemnicze historie... a jeśli ich brak, to przecieś można zmyślić, nie?
   Trzecie, po gotyku i wycieczką skojarzenie z tą kartką, to moja praca magisterska, którą obroniłam w czerwcu. Pisałam o zjawisku obłędu. Stworzyłam także rozdział, który ostatecznie nie wszedł w skład pracy o funkcjonowaniu motywu szpitala psychiatrycznego w literaturze i kulturze masowej. Szukając informacji trafiłam także na stronę Pałacu w Mosznej.
   A na koniec dodam, ze pocztówkę otrzymałam od Anusiaka85 w zamian za kopertę wycofanych znaczków ;) Całkiem udana transakcja!

czwartek, 8 grudnia 2011

46.Polska - Morskie Oko

A oto moja najnowsza "zdobycz" Limbowa. Przywędrowała do mnie od Mishi nieco ponad tydzień temu i wprawiła mnie nastrój euforii :) Praktycznie mówiąc ją wycałowałam, kiedy ją zobaczyłam na stole wyciągniętą już ze skrzynki przez Mamę. To już czwarta do kolekcji pocztówka  z tej serii (tą z Zielonym Stawem Gąsienicowym jeszcze się na pewno pochwalę). O Morskim Oku tak naprawdę nie ma co pisać, znam niewiele osób, które tego Tatrzańskiego jeziorka nigdy nie widziały, choćby raz w życiu. Należą do nich m.in. moja Mama, bo ona gór nie lubi i nigdy nie była nawet w Zakopanem. W sumie jak tak pomyślę, to mój Brat chyba też nie był nad Morskim Okiem (nie wiem jak mój Tato, ale to jest "powsinoga", więc pewnie był). Ja odwiedziłam te piękne miejsce podczas wycieczki klasowej pod koniec gimnazjum. Jechało nas wtedy niewielu, rodzice albo decydowali się zapłacić za wycieczkę, albo za komers - bal pożegnalny. Mnie nauka i egzaminy poszły całkiem przyzwoicie, wiec w nagrodę dostałam oba - kasę na komers i wycieczkę. Mój Brat miał jechać na tę wycieczkę ze swoją klasą, cztery lata młodszą, w tym samym czasie (na szczęście mieli mieszkać w zupełnie innym domku), ale nie pojechał, bo narozrabiał i dostał karę. Najpierw pyskował do nauczycielki... a później prawie przyprawił wychowawczynię o zawał zerca próbując się wdrapać na Wieżę Spadochronową, w katowickim Parku Kościuszki. Dodam, że oczywiście, gdyby, którekolwiek dziecko złamało chociaż nogę pod opieką nauczycielki, to kobieta pewnie by miała przerąbane do dziś, więc nic dziwnego, że Brat z kolegami miał wezwanie na dywanik i karę w postaci wycofania się przez Mamę z  jego wycieczki. Strasznie beczał, ale Mama była nieugięta i w końcu nie pojechał, choć było zapłacone. Muszę przyznać, że się wtedy ucieszyłam, że mi się żaden gówniarz nie będzie pałętał pod nogami na górskich szlakach. Ani też nie żebrał mi później nad Morskim Okiem: Laura? Kup coś do picia, bo ja swoje pieniądze straciłem na słodycze? Z nim tak zawsze było. Do dziś mu kupuję słodycze zresztą, wczoraj też dostał, na urodziny.

wtorek, 6 grudnia 2011

45. Spain - Grenada (Alhambra)

Powracając to tematu pocztówek UNESCO-wych. Oto jedna z moich ostatnich pocztówek z miejsc chronionych przez Organizację Narodów Zjednoczonych do Spraw Oświaty, Nauki i Kultury. Jestem w niej ZAKOCHANA! Nie tylko dlatego, że kartki z tej kategorii należą do moich ulubionych. Bardziej z powodu państwa z jakiego pochodzi! Hiszpania... ach Hiszpania. To moje europejskie podróżnicze marzenie numer 1 i podróżnicze światowe marzenie nr 2. Bardziej chciałabym zwiedzić tylko Machu Picchu. To chyba przez to, że dziecięce marzenia zostają w nas na długo. A zwłaszcza te kreowane przez bajki i baśnie! Może dlatego, że jako dziecko oglądałam bajkę o dzielnej siatkarce chciałam być zawsze siatkarką, a z powodu "Tajemnic złotych miast" zwiedzić Peru i te legendarne miasto Inków. O ile jednak z siatkówką musiałam się pożegnać z powodu mocno średniawego wzrostu (chociaż przez długi czas grałam amatorsko), to jednak z marzeniem o podróżu do Peru wciąz się nie pożegnałam. Jest to jednak jak wiadomo droga "impreza", toteż zamarzyłam sobie też coś bardziej przyziemnego - Hiszpanię! Nie wiem czemu to zawdzięczam, bynajmniej nie mitom o seksownych gorących Hiszpanach i słonecznym plażom, również nie hiszpańskim piłkarzom i euforii na nich. Bardziej chyba zawdzięczam to Zafonowi, który plastycznością swojego języka spowodował, że zapragnęłam odwiedzić Barcelonę. W dodatku Woody Allen utwierdził mnie w tym, że to miasto jest naprawdę piękne (dlatego, choć mnie ciągnie, by nie zaczerniać tego wizerunku, nieco wyidealizowanego, omijam szerokim łukiem "Bjutiful", bo ten film podobno pokazuje całkiem inne oblicze Barcelony).
  Kiedy zobaczyłam tę pocztówkę, wpisałam na listę must visit w Hiszpanii oprócz Barcelony i Madrytu właśnie Granadę. Oczywiście zdawałam sobie sprawę, że Półwysep Iberyjski pozostawał przez długi czas bastionem Arabów w Europie. Ba! Miałam nawet o tym wykład podczas kursu literatury arabskiej, mówiono mi o Granadzie, o tym, że padła w tym samym roku w jakim odkryto Amerykę  czyli 1492 - symbolicznym roku zakończeniu średniowiecza. Nigdy jednak nie przeglądałam choćby zdjęć tego miejsca, a przecież można ich znaleźć w Internecie setki. Dopiero kiedy otrzymałam pocztówkę od Magdali, przedstawiającą tzw. Dziedziniec Lwów - Patio de Tres Leones, zaczęłam szukać. Te miejsce jest przepiękne! Taki styk kulturowy, stylów i historii. Coś pięknego... muszę to zobaczyć.
   Btw. znowu się zabrałam do nauki hiszpańskiego ;) Śmiem jednak sądzić, że jak juz pojadę do Barcelony, to mi się to nie przyda :P Bo tam rządzi Catalan, a turystów władających koślawym kastylijskim się tam nie lubi. Hipokryzja! Może chociaż w Andaluzji kastylijski się przyda? ;)

wtorek, 29 listopada 2011

44. Finlandia


Co tu dużo gadać. Pocztówki z Finlandii chyba większość postcrosserów przyprawiają o jęk zawodu: Znowu Finlandia? A kiedy coś nowego? Nie powiem, żebym ja była ich fanką Co to, to nie. Jakoś preferuję np. portugalskie, francuskie, irlandzkie, szwajcarskie czy brytyjskie. Oczywiście offa żadnego z tych państw jeszcze się nie dorobiłam, niemniej favów mam z tych krajów w galerii całe mnóstwo. Finlandia w porównaniu do nich wypada na tym tle wyjątkowo marnie, raptem 6 pocztowek na 805 wszystkich zafavoanych: (klik ). Jakiej by matematyki nie stosować - mało. Ta jednak wyjątkowo mnie ucieszyła. Nie żeby był to mój pierwszy off z Finlandii, gdzie tam. Na 30 otrzymanych to już trzecia. A może dopiero trzecia? Bo chyba mogłoby być gorzej. Poprzednie offy z Finlandii były jednak średnie i mocno średnie, żeby nie rzec kiczowate (klik2 ). A ta jest wyjątkowo ładna. To już kolejna kartka z tego kraju, na którym nie wiem co tak naprawdę jest przedstawione. Zapewne więc typowo fiński lub może raczej finlandzki krajobraz. Nie wiem dlaczego, ale pomimo, że nie lubię multiview jakoś urzekła mnie ta pocztówka. Być może przez tę kolorystykę i uspokajający zachód słońca... nie wiem, tak czy siak, do niedawna stanowiła ona mój siódmy fav z tego kraju. Miło jest dostać favy! Rzadko mi się to zdarza, ale jednak ;). Jak widać u Gabi na blogu, jest jeszcze druga z tej serii/edycji (?)- podobna. Zaraz wskoczy do favów na miejsce tej mojej.
Ps. Głuptak ze mnie, ale gdy dostałam pierwszą kartkę z napisem Suomi Finland, byłam pewna, że Suomi to po prostu po fińsku "pozdrowienia" ;)

poniedziałek, 28 listopada 2011

43. Hong Kong - Chinese Junk


   Ostatnio ciągle choruję. Z tego też względu nawet nie mam czasu zajrzeć na swojego własnego bloga, a co dopiero podejrzeć strony prowadzone przez innych postcrosserów. Tyle mi się ładnych kartek uzbierało w ostatnim czasie. Chciałabym je wszystkie pokazać tutaj. No i widać właśnie. Mam czas tu zajrzeć raz na kilka-naście dni. Pocztówka z Hong - Kongu, jako pocztówka z dwudziestego piątego kraju, z którego ktoś mi wysłał kartkę ( nie liczę czystych i zapisanych) przywędrowała do mnie 15. 11. 2011 pokonując 8,487 km w 11 dni. Całkiem niezły wynik, patrząc na to, że moja kartka do USA podobny dystans pokonywała w 193.
    Zapewne postcrosserów oblatanych w tematyce UNESCO zdziwi etykieta pod postem. Jak by nie było w Hong Kongu nie znajduje się żaden z obiektów listy światowego dziedzictwa UNESCO. Poniekąd trudno się dziwić skoro jest to region administracyjny typowo nowoczesny, zabytków tam jak na lekarstwo, za to nowoczesnych drapaczy chmur, różnego rodzaju konsorcjów, parków przemysłowych czy też wreszcie szkół wyższych jest tam pod dostatkiem, jak to u nas kiedyś było z mieczami ;). Nic więc dziwnego, że na  mapie  rozmieszczenia obiektów UNESCO Hong Kong stanowi białą plamę.
   Jakże się więc zdziwiłam kiedy zaczęłam szukać czegoś więcej o Zatoce Hong Kongu, którą przedstawia pocztówka, a którą dość szczegółowo opisała mi nadawczyni. Zwróciła mi ona uwagę na stateczek z czerwonymi żaglami widoczny na  pierwszym tle. Katy pisała, że tzw. Chinese Junk - jest symbolem miasta. Poszukałam nieco wiadomości o tym stateczku i okazało się, że jest to bardzo unikatowy typ statku - tzw. dżonka - dalekowschodni niewielki statek drewniany bez stępki, przeważnie 1-, 2- lub 3-masztowy, o charakterystycznych wielokątnych żaglach przypominających wachlarz, plecionych z włókien roślinnych, zaopatrzonych w liczne, poziome usztywniające listwy biegnące promieniście w poprzek całego żagla. W 2010 roku technologia budowy przegród wodoszczelnych dżonek chińskich została wpisana na Listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego wymagającego pilnej ochrony prowadzoną przez UNESCO.
.

czwartek, 17 listopada 2011

42. Polska - Toruń

                                                                                   

Skoro już jesteśmy przy temacie miejsc, które miałam szansę odwiedzić i miejsc UNESCO-wych, to dzisiejsza pocztówka wpisuje się idealnie. Otrzymałam ją od Ani (Anusiak85) jako nagrodę w śfinksnej jesiennej loterii autorskiej. To już trzecia nagroda z tej loterii w tym tygodniu, wczoraj również otrzymałam dwie piękne UNESCO-we kartki od Magdy - warszawską i hiszpańskiej Granady. Na pewno się jeszcze nimi pochwalę. A co ciekawe przecież nawet nie wygrałam ;). Wracając jednak do Torunia i tej pocztówki. UWIELBIAM ją! To moja ulubiona z wydawnictwa akaroa, a muszę przyznać, że wszystkie ich pocztówki mi się podobają. Lubię ją tym bardziej, że sama miałam okazję trzy lata temu odwiedzić Toruń, przebyć most na Wiśle widoczny w tle. Jeśli dobrze pamiętam (checking, tak dobrze ;)) nosi on imię Józefa Piłsudskiego i ma 800 metrów długości. Przechodzi się przez niego idąc od strony Dworca PKP do centrum Torunia, bo są one położone po przeciwnych stronach Wisły. Do Torunia wybrałam się z koleżanką ze studiów - Julitą. Koleżanka pochodzi z Włocławka, a ja mam rodzinę w Kujawsko-Pomorskim, konkretnie w Kcyni, bliżej Bydgoszczy niż Torunia. Tak się jakoś złożyło, że postanowiłam odwiedzić miasto Kopernika, a że nie znam  go oczywiście napisałam sms do koleżanki, czy by mnie po nim nie oprowadziła. Ta zgodziła się chętnie, a nawet zaproponowała mi nocleg u siebie we Włocławku, więc zwiedziła także to miasto (o tym może kiedy indziej), wiec już następnego dnia wsiadłam w pociąg do Torunia. Zwiedzanie rozpoczęłyśmy od widocznego na zdjęciu Bulwaru Filadelfijskiego. Pamiętam, że szerokość Wisły zrobiła na mnie niemałe wrażenie, bo z reguły jeśli widywałam królową naszych rzek, to albo w Wiśle/okolicach, gdzie jest jeszcze niewiele szersza od strumienia, w Krakowie, tudzież w okolicach Tarnowa. Fakt, kiedyś nawet miałam okazję przejeżdżać przez zaporę wodną we Włocławku. Jednak szybko jadącym samochodem szerokość Wisły pokonało się w mniej niż pół minuty, a gdy się szło przez most w Toruniu... to dopiero wtedy Wisła robi naprawdę ogromne wrażenie.  Zresztą widok Starego Miasta z Mostu równiez robi wrażenie, o proszę:



Następnie koleżanka oprowadziła mnie po Starym Mieście.  Pokazała mi Dom Kopernika, Gotyckie kościoły, w tym katedrę Janów, oba Rynki - Nowo i Staromiejski, Mury Miejskie, Baszty - m.in. Koci Łeb. Zwiedziłyśmy także zamek a raczej ruiny zamku krzyżackiego, gdzie złapała nas totalna głupawa na widok którejś zbroi, która wyglądała prześmiesznie. Na murach miejskich zresztą, w pobliżu Krzywej Wieży siedziałyśmy sobie i zajadałyśmy zapiekankami, bo chodzenia było nie mało ;). Muszę przyznać, że Toruń mi się wyjątkowo podobał. Przepiękne miasto z przepiękną architekturą. Byłam nim zachwycona i kilkakrotnie potrącałam ludzi na ulicy, bo chodziłam gapiąc się w górę na detale architektoniczne. Dobrze, że teren jest w większości zamknięty dla ruchu kołowego, więc nie skończyło się to dla mnie źle. Wtedy też sobie kupiłam na pamiątkę pocztówkę z Torunia. Dzisiaj się zastanawiam, co mnie podkusiło by kupić, takie multi! Oto ono ;)


środa, 16 listopada 2011

41. Czechy - Praga

Ta kartka to chyba w związku z wczorajszym przeglądaniem pocztówek pod kątem mostów ;) Lubię pocztówki z mostami, wiaduktami, lubię jak wiadomo ładne single, a jeszcze bardziej lubię pocztówki z miejsc w których byłam. Jeśli jeszcze na dodatek jest to pocztówka UNESCO-wa, to już w ogóle pełen pakiet jak to mówił Osioł ze "Shreka" (latam, gadam, pełen serwis!). Pocztówka ta, której uroku zdjęcie niestety nie oddaje w pełni, jest moją jedyną pamiątką z rodzinnej wycieczki do Pragi, którą odbyłam na krótko przed moimi osiemnastymi urodzinami... więc już sześć lat temu. Własnych zdjęć, które byłyby dowodem na to, że jednak tam byłam, nie załączę, bo.... kilka dni przed wyjazdem moja ciotka robiąc mi  blond pasemka totalnie zniszczyła mi włosy. Zamiast włosów miałam siano koloru tlenionego blondu i na KAŻDYM zdjęciu z Pragi wyglądam jak kretyn. Nie przesadzam. Wyglądam jako tako tylko na zdjęciach, na których mnie nie ma ;P. Bardzo lubię tę pocztówkę. Pamiętam, że była droga jak diabli. Praga ogólnie mówiąc jest droga, pamiętam, że szczęki nam opadły, gdy w jakimś sklepie kuzynka zapłaciła za półlitrową wodę mineralną bodajże 40 koron. Pocztówka też kosztowała chyba z 25 (ponad 3 zł). Pewnie bym ich kupiła więcej, gdyby właśnie nie ta cena. Wprawdzie nie zbierałam wtedy pocztówek, a kupowałam je jako pamiątki z wyjazdu, ale pamiętam, że piękne były, więc możliwe, że kupiłabym więcej, ale nie chciałam rodziców naciągać, a wtedy jeszcze nie miałam za bardzo swoich pieniędzy.Wysłaliśmy też jedną  z nich moim dziadkom (gdzie ona teraz jest :P). Dziwne jest tylko to, że nie wybrałam sobie jakiegoś multi... może nie było? Bo ja wtedy stanowczo wolałam multi niż single, twierdząc, że multi pokazuje więcej. No pewnie, że więcej, ale single pokazuje ładniej ;)  Chyba więc po prostu brakowi multi na stojaczkach zawdzięczam tę pocztówkę.
Jak widać przedstawia ona mosty na Veltavie. Na Moście Karola moja rodzinka ma jedno z ostatnich rodzinnych zdjęć. Później Mama zaczęła strzelać fochy na zdjęcia, twierdząc, że jest stara, gruba, ma krzywe zęby, niefotogeniczna, itp, itd. aż do znudzenia.  Pamiętam też, że okazało się, że my z Mamą mamy lepszą orientację w mieście niż mój Tato (a on zawsze się chwalił, że nigdy się nie zgubił :P). Tak nas bowiem zaczął prowadzić do samochodu, że wyszlibyśmy pewnie gdzieś  znowu na Złotej Uliczce  podczas gdy samochód mieliśmy po przeciwnej stronie rzeki. Oczywiście zwiedziliśmy też Hradczany i odwiedziliśmy Bramę Prochową. Ogółem mówiąc, łażenia było tyle i wrażeń tyle, że nogi bolały łazić, ale wracać też się nie chciało. Piękna jest Praga. Oto dowód! Zdjęcie zrobione własnoręcznie (tudzież własnoaparatnie, jak wolicie).



A tak w ogóle. Wspominałam, że tego samego dnia zwiedziliśmy "na szybko" Goerlitz niemieckie? Tato wybrał jakąś dziwną trasę z tego Kożuchowa. Z Goerlitz niestety kartki nie mam, pewnie nie było stojaczków, a niemieckiego  to ja nicht fersztejn, ani tym bardziej nie szprecham, bym mogła zapytać ;)

poniedziałek, 14 listopada 2011

40. Litwa - Wilno

Dzisiaj przyszła pora na zaprezentowanie jednego z moich pierwszych offów, który co widać na kartce przywędrował do mnie ze stolicy Litwy.  Na szczycie baszty widać zresztą powiewającą flagę litewską., która, jak się doczytałam pojawiła się tam dopiero w 1990 roku. Baszta ta, nazywana Baszta/Wieżą Giedymina jest doskonałym punktem widokowym, z którego doskonale widać panoramę Wilna. Nadawczyni - Renata, pisała, że jeśli już odwiedza się Wilno, to ta baszta powinna być obowiązkowym punktem wycieczki, gdyż znikąd nie ma tak zapierającego dech widoku na panoramę miasta jak stamtąd. Jest to baszta zachodnia nie istniejącego już Zamku Górnego w Wilnie, który wzniesiono w stylu gotyckim na Górze Zamkowej w 1409, za panowania Witolda. Zamek murowany, z trzema basztami, zastąpił drewnianą warownię, która istniała już w XIV wieku za panowania Giedymina, od którego baszta wzięła nazwę.W roku 1419 zamek spłonął, lecz został odbudowany. Od czasów Aleksandra Jagiellończyka w Zamku Górnym mieściła się ludwisarnia, a w lochach więzienie. Zamek miał niezwykle długą i interesującą historię. Z ciekawostek: w muzeum, które dziś funkcjonuje w Baszcie Giedymina można obejrzeć schemat bitwy pod Grunwaldem oraz popiersie brata księcia Jagiełly - Witolda.

środa, 9 listopada 2011

39. Polska - Warszawa



Pocztówka, którą dzisiaj wyjęłam ze skrzynki skłoniła mnie do stworzenia nowej etykietki na blogu - "postcrossing meet-ups", bo to już szósta moja kartka z jakichś postcrossingowych spotkań. Na tej podpisali się uczestnicy spotkania warszawskiego, które odbyło się piątego listopada, a przesłał mi ją Andrzej ;). Nie spodziewałam się jej, więc tym bardziej się ucieszyłam, gdy się okazało, że nie dość, że o mnie ktoś pamiętał, to jeszcze dostałam fava;) W dodatku jest to moja pierwsza kartka z Warszawy z standardowym rozmiarze! Już trochę sobie żartowałam, że Warszawa nawet na kartkach musi podkreślić, że jest stolicą i ma wielkościowe zapędy, bo wszystkie jakie dotąd stamtąd otrzymywałam, lub jakie chociaż widziałam, były przynajmniej kilka cm większe od standardowych. A tu proszę, jednak istnieją klasyczne warszawskie pocztówki ;) W dodatku bardzo ładne. Fotografia przedstawia fragment Archikatedry Św. Jana Chrzciciela przy ul. Świętojańskiej, jednej z najstarszych ulic Warszawy.

poniedziałek, 7 listopada 2011

38. Polska - Polana Strążyska

Jakim sposobem tej pocztówki jeszcze tu nie ma? Fakt, jestem leniwa i nie mam takiej samodyscypliny by regularnie pisać bloga. W końcu to ma być dla przyjemności, a nie z przymusu, dlatego nie zaprzątam sobie tutaj głowy pocztówkami, które są co najwyżej średnio urodziwe, zamieszczam tylko przynajmniej ładne. A ta przecież należy do mojej ukochanej serii. A mogę nawet śmiało stwierdzić, że ta jest nawet jedną z najładniejszych z całej serii. W tej chwili mam trzy pocztówki "Limbowe". A całe te moje szaleństwo na ich punkcie zaczęło się od otrzymania tej pocztówki z Doliny Pięciu Stawów Spiskich. Od tamtego czasu próbuję zdobyć ich jak najwięcej. Zadałam sobie nawet trud odszukania z odmętów Internetu jak największej ilości skanów pocztówek "Limbowych". Przyda się przy składaniu zamówienia, za które zabrać się nie umiem, nawet nie z lenistwa czy braku czasu. Po prostu jestem zbyt spłukana na jakiekolwiek zamówienia. Dlatego wyjątkowo się ucieszyłam z wymiany z Mikisem. W zamian za Bielskiego Reksia otrzymałam Polanę Stążyska. Jest to polana znajdująca się ok. 4,5 km od wylotu Doliny Strążyskiej. Niegdyś była koszona i wypasana, wraz z Halą Białe i Halą Kalatówki wchodziła w skład zbiorczej Hali Giewont .W 1955 miała powierzchnię ok. 4 ha, ale w 2004 w wyniku zarośnięcia jej powierzchnia zmniejszyła się o ok. 43%. Do dzisiaj wiele świadczy o tym, że kiedyś prowadzono tu życie pasterskie. Dzisiaj Polana jest skrzyżowaniem szlakiem turystyczny. Mieści się tu bufet oraz punkt TOPR. Niedaleko Polany Strążyskiej znajduje się słynny wodospad Siklawica

środa, 26 października 2011

37. Norwegia - Sunndalsora

    Muszę przyznać, że mam szczęście do offów ze Skandynawii. Jak wiadomo dostać kartkę z Finlandii to żadna sztuka, można ich dostać kilka na tydzień nawet (jakkolwiek ja na 25 otrzymanych, mam dopiero dwie, obie mocno średnie). Gorzej już jest ze Szwecją oraz Norwegią, bo mają mało użytkowników. (Na dzień dzisieszy Szwecja 700 a Norwegia 701 - zabawny zbieg okoliczności ;)). Pomimo tego, że użytkowników mają po równo, najtrudniej dostać Szwecję, bo na to wygląda, że ledwo przekroczyli 30000. Ja Szwecję z ID 28270 dostałam już po dwóch miesiącach uczestnictwa w postcrossingu - w lipcu. Niedawno dostałam także zlotową Danię. Brakowało więc tylko Norwegii. I proszę, jest. Moje trzecie najmniejsze ID (po Luksemburgu i wspomnianej Szwecji).
     Pocztówka z małej wioski Sunndalsory, dotarła do mnie w 10 dni pokonując 1,521 km. Nadawca, emerytowany pracownik fabryki wyrobów z aluminium, rozpisał się w wiadomości, więc tym bardziej będę darzyć pierwszą pocztówkę z Norwegii dużym sentymentem. Wspomniał m.in., że kiedy w latach 50 zakładano fabrykę (w wyniku działań w ramach planu Marshala) zjechało w te okolice mnóstwo ludzi z całej Norwegii. Tu założyli domy i rodziny. Sam nadawca pisał, że ma bardzo dużą rodzinę, choć ma 53 lata wciąż ma oboje rodziców, ma już także wnuczki, z których jedna założyła mu konto na PC :). Z jego kartki dowiedziałam się także, że Sundalsora to niewielka miejscowość położona na czele fiordu, między górami o wysokości blisko 2000 metrów. Jest więc nieco odcięta od kraju. Ale za to rzeka, nad którą leży wioska (i dzięki któej można było założyć tę fabrykę aluminium, bo do tego była potrzeba energia wodna) jest niezwykle bogata w łososie i pstrągi. Chcę tam! Chcę na łososia i pstrąga po norwesku <mniam>. Za dostęp do łososi, i innych ryb, chyba bym nawet zniosła, że tam zimno i ciemno przez większość roku ;)

poniedziałek, 24 października 2011

36. Luxemburg


Trochę zapuściłam bloga ostatnio. Może przez to, ze prawie nic nie dostaję ostatnimi czasy. Październik jest najgorszym miesiącem od czerwca, który też był tragiczny. No więc skoro niewiele przychodzi pokażę kartkę, która dotarła do mnie już prawie półtorej miesiąca temu. Jest to moje najniższe ID. LU-10801. Podróżowała tylko trzy dni i co ciekawe otrzymałam ją kilka dni po tym, jak w telewizji oglądałam program Makłowicza z Luksemburga. Pamiętam, że oglądając ten program pomyślałam sobie, że pewnie minie trochę czasu zanim doczekam się kartki z tego niewielkiego kraju, bo jest tylko 82 userów stamtąd. Ilu jest nieaktywnych, to już inne pytanie.  Mnie wylosowano Pani z numerem 2 z tego kraju i takim sposobem stałam się posiadaczką sympatycznego multi. Szkoda tylko, że nie podano żadnych informacji na temat budynków przedstawionych na kartkach, bo lubię później dowiedzieć się czegoś więcej o miejscu, z którego posiadam pocztówkę ;)

środa, 12 października 2011

35. USA - New York

Przyznam szczerze. Nie chciałabym mieszkać w Nowym Jorku. Ta pocztówka, choć jest śliczna, również mnie do tego nie zachęciła. Mam wrażenie, że ludzie żyją tam jak w mrowisku. Samo miasto ma ponad 10 milionów mieszkańców. Aglomeracja, jeszcze raz tyle. 20 milionów ludzi na stosunkowo niewielkiej przestrzeni. Mam wrażenie, że to miasto jest bezduszne, zabija indywidualizm. Jest po prostu niebezpieczne. Bardziej sypialnia niż miejsce do życia. Taki trochę matrix. Nie, z pewnością nie chciałabym mieszkać w mieście, które nigdy nie śpi. Mając do wyboru malutkie, stare miasteczko gdzieś we Francji, Hiszpanii czy Irlandii, a tak ogromne miasto jak Nowy Jork, wybrałabym małą mieścinę. Nie znoszę wielkich, nowoczesnych miast, bez wielkich zabytków czy historii. Powiecie, jak to, że Nowy Jork, nie ma zabytków? A choćby Statua Wolności? Jasne, z chęcią bym ją zobaczyła. Tak samo jak Empire State Building czy Ellis Island? I to w sumie większość zabytków Nowego Jorku. Chciałabym zobaczyć to miasto, ale jestem pewna, że bym go nie pokochała. Ja kocham to co stare i z duszą. A nie to co nowe i bezduszne.. Ale kartka jest śliczna ;) Przrbyła 6,863 km w 9 dni. Szybciutka nie? Dodam też, że nadawczyni pisała, że kilka dni przed wysłaniem mi kartki była na wystawie poświęconej Europie Wschodniej, z której dowiedziała się wielu ciekawych rzeczy m.in o polskich artystach. Wszystko fajnie.... tylko powiedzcie mi, dlaczego WSZYSCY myślą, że Polska leży w Europie Wschodniej? Niemcy to Zachód a Rosja , Litwa, Ukraina, Białoruś już Wschód... chyba coś musi być po środku, prawda?

wtorek, 4 października 2011

34. Dania - Kopenhaga

Chyba założę osobną etykietę na blogu na kartki ze zlotów i spotkań postcrosserów. Ta jest już trzecią taką kartką. Pierwsza była ze spotkania PL-200000, druga ze zlotu w Krakowie, a teraz jeszcze miałam szczęście dostać od Mikisa pocztówkę ze międzynarodowego zlotu postcrosserów w Kopenhadze. Przyznam, że po tym jak się okazało, że pocztówki są tam niemożebnie drogie, a znaczki jeszcze bardziej, nie liczyłam na żadną pocztówkę z Danii, a tu proszę, jednak! W dodatku taka ładna! Bo jak tak później przejrzałam kartki wysyłane z Danii, to na kilkanaście/dziesiąt stron zafavowałam może dwie. Albo tam jest marny wybór kartek, albo Duńczycy mają zły gust, bo jak widać (a inni forumowicze dostali ładne kartki) to jak się chce, to coś ślicznego można znaleźć. 
  Sama Kopenhaga powierzchniowo jest miastem niewielkim, zajmuje tylko 88, 25 km kw. Mimom to miasto wraz z przyległą aglomeracją zamieszkuje ponad milion mieszkańców (z nieco ponad 5 ml całkowitej ludności Danii, nie wliczając jednak Wysp Owczych i Grenlandii). Symbolem miasta, podobnie jak symbolem Warszawy jest Syrenka. O ile jednak Sawa jest legendarną i mityczną syrenką, tak ta kopenhaska jest wzorowana na jednej z baśni najbardziej chyba znanego mieszkańca Kopenhagi, a może i najbardziej znanego Duńczyka - Hansa Christiana Andersena.
  Na widokówce widzimy jedną z ulic  miasta - Sankt Peders Straede w tzw. Latin Quarter - jednej z najstarszych części miasta, której nazwa wzięła się stąd, że to tu położony jest uniwersytet. Jak wiadomo do pewnego czasu studencie w całej Europie używali łaciny. Ta XVII- wieczna dzielnica Kopenhagi dzisiaj nazywana jest miejscem "do relaksu" znajduje się tu mnóstwo kafejek, antykwariatów, pubów, butików, wciąż jest tu mnóstwo studentów.
  Co jeszcze można powiedzieć o Kopenhadze? Ciekawe jest chyba to, że w 2000 roku Kopenhagę połączono ze szwedzkim Malmo mostem. Właściwie most to chyba nie odpowiednie określenie gdyż tak naprawdę są to:  most długości 7845 m, sztuczna wyspa o długości 4055 m i tunel o długości 3510 m. Niestety przejazd przez most jest płatny. Uhm... a jak były w styczniu Mistrzostwa Europy w Piłce Ręcznej w Malmo i był mecz między tymi dwoma państwami, kibice z Danii prawie zakorkowali most... ;)

wtorek, 27 września 2011

33. Słowienia - Ljubljana

A oto nagroda w loterii słoweńskiej, w której byłam jedną ze zwyciężczyń i nawet tego nie zauważyłam! A jaka byłam zawiedziona, że nie udało mi się wygrać, bo Słowenia należy do grupy państw, z których pocztówki podobają mi się najbardziej! Na szczęście Monika vel Wariaty przypomniała mi o wysłaniu adresu na czas i oto jest. Pocztówka z mojej listy best of the best. Oczywiście na oficjalnej stronie PC nie ma opcji favów z favów, ale gdyby była ta z pewnością by się w tej grupie znalazła. Nie wiem nawet czym mnie tak urzekła (poza białą ramką ;) - ach te moje "zboczenie" białoramkowe), ale jestem w niej zakochana.
    A teraz nieco dywagacji historyczno-językowych. A, bo co? Musi być notka w formie: kartka przedstawia to i to? A znajdźcie sobie co to ;). Co do samej Ljubljany. Już dzisiaj wspomniałam, jej nazwa wyjątkowo kojarzy mi się z nazwą polskiego Lublina. Nie zdziwiłoby mnie (a jest to nawet prawdopodobne), że wywodzą się z tego samego rdzenia języka praindoeuropejskiego. Pięknego rdzenia, bo człon lubi- lub- znaleźć przecież można w takich wyrazach jak lubować, lubić, luby, wszystko co związane z miłością! Poza tym mogłabym też się założyć (choć aż tak biegła w morfemach języków słowiańskich nie jestem, więc ręki nie daję), że -ana w nazwie stolicy Słowenii oznacza to samo co i nasze -in - domenę przynależności do kogoś, założyciela osady. W nazwie słoweńskiej widać aż dwie litery "j".  W nazwie naszego Lublina też były, a  na pewno w miejscu zbitki bl, bo ta powstała z bj. Dokladnie tak jak w nazwie stolicy Słoweni. To jest tzw proces jotacyzacji, lub jak kto woli palatalizacji przez "j". Różnica jest jedynie taka, że Słoweńcy upamiętnili w piśmie to, że tam kiedyś było te "jot", a my nie. A po co to w ogóle było? By było łatwiej wymawiać. Łatwiej wypowiedzieć Lublin czy Ljubljana (my przecież czytamy [lublana]) niż z tymi j. Zaś co do pierwszych liter obu nazw, w obu przypadkach jest to ta sama litera, z tym, że u nas jest to twarde "l" (kolejny z procesów językowych) a w słoweńskim mamy miękkie lj. Tym samym słoweńskiemu jest tu bliżej do języków wschodnich, Rosjanie a raczej częściej Rosjanki też wypowiadają "ljubimyj moj" Języki mają to do siebie że dążą ku uproszczeniu. Im łatwiejsza wymowa tym lepiej. I tak oto od tej pięknej kartki od Moniki dotarliśmy aż do palatalizacji, i zmiękczenia/braku zmiękczenia w językach słowiańskich. Interesująca sprawa, takie powiązania między językami. Niby wiemy, że możemy się jako tako dogadać z naszymi sąsiadami np. ze Słowakami czy z Rosjanami, Ukraińcami, a nie wiemy tak naprawdę dlaczego, a to właśnie dlatego, że pierwotnie nasze języki wywodzą się z tego samego: praindoeuropejskiego. Dlatego nawet do 80% naszego słownictwa ma ten sam rodowód co naszych sąsiadów. A że jedni z nas mówią mleko, inni moloko, inne melko to już kwestia tego jak konkretne procesy zachodziły w naszych językach. Wniosek - jak mniemam ze Słoweńcami idzie się dogadać "po naszemu" ;)

piątek, 23 września 2011

32. Polska - Dąbrowa Górnicza

Kto by pomyślał, że kartka przedstawiająca hutę, spodoba mi się najbardziej ze wszystkich dąbrowskich. W końcu to naprawdę ładne miasto, a jakoś fotografowie z Dikappy, nie potrafią za bardzo uchwycić piękna miejscowości, w której mają siedzibę i kartki z reguły wychodzą im średnie, o jak choćby ta z Pogorii. To przecież takie ładne i malownicze jeziorka. Byłam to wiem, a tu mamy widoczek jakiegoś mostku i suszącego się dywanu i kominów w tle ;). Tak w ogóle to notkę tę chyba powinien napisać Dominik (tak Gadzie :P), bo to on jest z Dąbrowy, ja ją poznałam tylko na tyle, na ile mi ją pokazał, a Hutę Katowice widziałam jedynie z samochodu. Z tego co jednak wiem, to to jest właśnie ta huta, dla której pracowników powstawały jak grzyby po deszczu osiedla zarówno w Dąbrowie jak i okolicznych miejscowościach (początkowo "sypialnie" dla robotników, które poprzekształcały się w samodzielne dzielnice). Na samym początku kombinat zatrudniał dziesiątki tysięcy pracowników, którzy zjeżdżali do Zagłębia z całej Polski, szczególnie południowej. Do dzisiaj mieszkańcy Dąbrowy Górniczej czy Będzina lub Sosnowca to niekoniecznie rodowici Zagłębianie. Często są to rodziny, których ojcowie czy dziadkowie osiedlili się tutaj, bo tu była praca, w dodatku dobrze płatna i mieszkania. Pamiętacie serial "Daleko od szosy?" Ten o upartym Leszku, który m.in. robił maturę by dostać się do pracy? O ile się nie mylę, to właśnie starał się o pracę właśnie w Hucie Katowice. Sama Dąbrowa wiele zawdzięcza Hucie. Przede wszystkim rozbudowanie dzielnic w których granicach leży: Gołonoga, Ząbkowic, Łośnia i Strzemieszyc ( w tej ostatniej ma siedzibę Dikappa i tam utworzono tę pocztówkę). Co jeszcze? Choćby to, że otwarto specjalne połączenia tramwajowe łączące miasta zagłębiowskie (o ile się nie mylę, to ta linia ciągnąca się przez Czeladź, Będzin i Dąbrowę Górniczą) z Hutą. Dzięki temu mieszkańcy mogą dziś korzystać z dodatkowego środka komunikacji.
     Zakład został zatwierdzony do budowy w roku 1971. Prace nad jej budową zaczęto rok później i to wtedy właśnie do jej zbudowania zatrudniono 50 tys. ludzi. W 5 lat po zatwierdzeniu planu budowy (przecież komunizm lubił 5-latki, wiec nic dziwnego, że ta ogromna huta też powstała w 5 lat) rozpalono w dniu 2-go grudnia pierwszy wielki piec. Najwięcej ( a tak przynajmniej mówi Wiki) Huta zatrudniała w 1992 roku - 23 240 pracowników + spółki wydzielone kolejne około 3-4 tysięcy. Nie wiem dokładnie ile huta zatrudnia dzisiaj. W 2001 roku było to 5 + 7 tysięcy. To i tak zaledwie połowa tego co w 1992 roku, ale jak wiadomo kłopoty finansowe i kryzys przemysłu ciężkiego dotknął też i te hutę.

poniedziałek, 19 września 2011

31. Polska - Pszczyna


Ta przepiękna pocztówka przez dłuższy czas zresztą widniejąca w mojej galerii favów jest pamiątką z  sierpniowego wypadu do Pszczyny. Dominik zabrał mnie tam w ramach wycieczki urodzinowej, bo muszę przyznać, że wolę się gdzieś wybrać  niż jakieś rzeczowe prezenty. W Pszczynie tak po prawdzie to  byliśmy już 3 lata temu, również w ramach moich urodzin, bo tak się złożyło, że w ostatni weekend szkolnych wakacji ta niewielka miejscowość organizowała swoje dni. I imprezę zrobili przednią. Mnóstwo zespołów i artystów jakich lubiłam lub nadal lubię: Akurat, Koniec Świata, Maleńczuk, Szwagier Kolaska, Daab i T-Love. Zwinęliśmy się przed T-Love, bo musieliśmy jakoś wrócić, ale i tak wcześniej widzieliśmy Muńka w repertuarze Kolaski, a zresztą niecałe trzy  miesiące wcześniej T-Love grało u nas na juwenaliach (i od wtedy ich uwielbiam, nie wiem jak można ich było wcześniej nie lubić , to chyba przez to, że radio najczęściej puszczają "Chłopaki nie płaczą" a tego wciąż wręcz nienawidzę!).  Nie mieliśmy wtedy okazji zwiedzić ani Zamku (a raczej pałacu, przecież zamek pełni funkcje obronne!) ani porządnie Parku, ani tym bardziej zagrody żubrów. Dlatego tym razem postanowiliśmy nadrobić te zaległości. Zwiedzanie zaczęliśmy od... poczty. Nic specjalnego, same multi z DDK - radzę walić od razu na Rynek, gdy tam pojedziecie kiedyś) Później zawędrowaliśmy właśnie do Rynku, gdzie w ostatnim roku postawiono pomnik w rodzaju tych łódzkich (np. Ławeczki Reymonta) z księżną pszczyńską Daisy a raczej: Marią Teresą Oliwią Hochberg von Pless - arystokratką angielską, żoną księcia pszczyńskiego i pana na Ksiązu Hansa Heinricha XV Hochberga.
Tak wygląda ta
 

Niski biały budynek, który widać w tle to Brama Wybrańców, czyli wjazd na dziedziniec zamkowy. W jej podcieniach znajduje się Centrum Informacji Turystycznej, które sprzedaje nie najtańsze, ale śliczne i zdecydowanie warte swej ceny (1,49 chyba?) pocztówki. Tę z zamkiem też tam kupiłam. Można tam również podbić sobie pocztówki pieczęcią Muzeum Zamkowego, wiec nie zdziwicie się jeśli, któreś z Was dostanie kiedyś opieczętowaną pocztówkę z Zamkiem. Ale wyjdźmy na moment jeszcze z Bramy Wybrańców. Mniej więcej tam gdzie widać za moją głową lampę stoi też miejski kiosk, chyba przyzwyczajony do tego, że ludzie lubią pocztówki. Tam można kupić naprawdę tanie i ładne (powiedziałam to!) pocztówki o dziwo z Dikappy o takie jak tutaj. Do pałacu można wejść przez Bramę Wybrańców lub przez inne wejść właśnie obok tego miejskiego kiosku. Zwiedzanie pałacu najtańszą imprezą nie jest. Zwłaszcza, że władze muzeum wycwaniaczyły się i każą płacić osobno za wszystko, osobno za wnętrza cesarskie, osobno za zbrojownię, za wystawę dziwnych i oryginalnych rzeczy, za jakieś tam wystawy. My zwiedziliśmy te trzy, które wymieniłam. Nie powiem, zwiedzania było ponad godzinę. Wnętrza cesarskie wręcz zapierają dech w piersiach... niestety nie można było robić zdjęć... a zresztą, jedźcie sami i zobaczcie! Zbrojownia również była ciekawa, bo ta wystawa Znane i Nieznane nie była warta 5 zł. (bilet za wszystkie wnęstrza kosztował ulgowo chyba 12). Owszem, prezentowali tam ciekawe rzeczy np. gigantyczny stary odkurzacz, ale miałam wrażenie, że wydzielono tę część na siłę, wybierając z rożnych części pałacu co popadnie. Najbardziej irytujące w tym wszystkim było to, że trzeba było chodzić w ochronnych kapciach. Rozmiarów na kobiecą stopę w ogóle nie mieli. Musiałam założyć dziecięce. A połączenie dziecięce kapcie + luźne gumki na pięty w tych kapciach + śliskie schody + ja = ja się się pośliznęłam na schodach i poobijałam cztery litery tak mocno, że aż przysłano do mnie koordynatora całego muzeum. Pewnie chciał się dowiedzieć czy będę ich pozywać do sądu. A mogłam ich postraszyć, bo bolesną pamiątkę miałam na kilka dni.
   Gdy zwiedziliśmy zamek ruszyliśmy do parku, który też jest ciekawy. Można tam zobaczyć m.in. Bramę Chińską, Bażanciarnię, Pawilion Herbaciany czy Nekropolię Anhaltów. Trzeba jednak zacząć od tego, że park jest tam marnie oznakowany, że trzeba się nachodzić by gdzieś trafić. Na koniec udaliśmy się do zagrody żubrów. Polecam to miejsce zwłaszcza gdy macie dzieci. Będą uchachane ;). Tylko radzę wybierać się tam np. w godzinach: 12:00, 14:00, 16:00 itd, bo wtedy karmi się żubry. Tak poza porą karmienia, to moglibyście być zawiedzeni, bo zagroda jest naprawdę duża i żubry (a jest ich 6 w tym jeden przywódca stada - ogromny i jeden taki malutki, zeszłoroczny) rozchodzą się po całym terenie i wsuwają trawę. One chyba w ogóle nie robią nic innego. Gdy jest pora karmienia przychodzą do karmików (?), których jest 5 i można je zobaczyć z bliska przez mniej wiecej pół godziny. Najbardziej przerąbane ma ten żubr, który ustawi się obok tego największego, bo ten wyjada wszystko ze swojej misy, a później wypycha tego najbliżej i wyjada jego część. Małego wszystkiego traktuję pobłażliwie i pozwalają mu jeść z tego samego karmika. Można tam również zobaczyć inne zwierzęta, np. sarny, muflony, daniele, pawie, które chodzą sobie luzem i pozują do fotek i kilka innych.                                                       

niedziela, 18 września 2011

30. Szwajcaria - Zurych

Tę prześliczną pocztówkę otrzymałam od Heksity w ramach wymiany za pocztówkę Bielską. Szkoda tylko, że moja ponoć dotarła w nie najlepszym stanie, bo ta zawitała do mojej skrzynki szybciutko i w stanie idealnym. Tak jak i w wypadku wymiany z Cleo miałam trudności z wybraniem dla siebie pocztówki z galerii, więc poprosiłam o wybranie jednej z trzech wskazanych, a  Marta wybrała właśnie tę. Jak pisze nadawczyni na widokówce, pan/i fotograf uwiecznił/a zachodnią część starego miasta, Jezioro Zuryskie i  rzekę Limmat, jedną z dwóch, nad którymi leży największe miasto Szwajcarii. Drugą z tych rzek jest Sihl, wpada ona do tej, którą widzimy na zdjęciu. Zurych, jak na europejską stolicę jest dość małym miastem, ma 372 tysiące mieszkańców, a powierznią nie zajmuje nawet 100 km kwadratowych. Mimo tego, jak przystało na największe miasto Szwajcarii jest miastem ważnym nie tylko dla tego kraju, ale też dla całej Europy, choćby ze względu na sferę ekonomiczną, jest też ważnym ośrodkiem akademickim czy kulturalnym.

czwartek, 15 września 2011

29. Polska - Jędrzejów - Ciuchcia Expres "Ponidzie"


Przyznam zupełnie szczerze, że do niedawna wielką miłośniczką kartek z pociągami czy tramwajami nie byłam. Właściwie muszę dodać, że chyba wciąż bardziej podobają mi się kartki, na których prócz samego środka lokomocji widać też fragment miasta czy też widok z lotu ptaka. Bardzo podobają mi sie pocztówki z Lisbony, bo pokazują tez te śliczne wąskie uliczki i między nimi te żółte tramwaje...prześliczne :) Podobnie podobają mi się pocztówki szwajcarskie przedstawiające kolejki ciągnące z trudem przez góry czy wiadukty. Pocztówki z samymi pociągami czy tramwajami nie zachwycają mnie. O, przykładowo mam np. kartkę z tramwajem słonecznym w Strasbourgu, ale przyznam, że wolałabym kartkę przedstawiającą stare miasto, w końcu to miasto UNESCO-we... a tu tramwaj sloneczny ;) Ale nie mam co narzekać, bo pocztówkę tę po prawdzie po prostu znalazłam poniewierającą się w szkole. Muszę jednak przyznać, że kartka z Jędrzejowa, choć gdy przyniósł mi ją brat miała strasznie pozaginane rogi i przybrudzenia z tyłu urzekła mnie z miejsca. Od razu mówię, że to nie brat ją tak wygniótł, a jego kolega, który kupił mi ją na wakacjach w Jędrzejowie. Nie mam mu tego za złe, cieszę się, że o mnie pamiętał. Młodzi chłopcy po prostu z reguły nie przywiązują uwagi do tego, by coś schować np. do książki ;).
Z napisu wynikałoby, że ta wąskotorówka ma 90 lat, ale chyba stara jest ta kartka, bo jak mowi ciocia wiki, powstanie kolejki datuje się na rok 1917, więc ma ona już 94 lata. Kolejka ta, jak widać zabytkowa kursuje na trasie Jędrzejów - Pińczów. I chyba niestety nie jest to najtańsza impreza jeśli nie ma się zniżki, bo normalny bilet na trasie Jędrzejow-Pińczów-Jędrzejow kosztuje 28 zł. (Za 29 km trasy). Niemniej, jeśli bym miała okazję na pewno bym się wybrała na przejazd taką kolejką. Chyba tylko raz jechałam wąskotorówką, ze Żnina do Biskupina i bardzo miło to wspominam. Najciekawsze jest to, że na "pokładzie" Ciuchci  odbywają się różne imprezy i funkcjonuje w niej bufet i można sobie zjeść tam np. kaszankę z grilla. Dla mnie brzmi kosmicznie ;). A co jest główną atrakcją kolejki? Tak naprawde po drodze mija się wiele ciekawych pod względem przyrodniczym i historycznym miejsc, ale mnie chyba najbardziej by zaciekawiły te zapomniane, często drewniane małe stacyjki. Po prostu urocze, o popatrzcie, to stacyjka Umianowice:
                                                        
Śliczna, jak zaklęta w czasie ;). Więcej możecie sobie obejrzeć (i poczytać) tu: http://www.ciuchcia.eu/ wystarczy kliknąć na dole w: trasa a następnie na mapce, która się wyświetli na nazwy miejscowości na trasie ;)


wtorek, 13 września 2011

28. Japonia - Trzy pejzaże

To dopiero druga, po pocztówce z Tajwanu moja kartka z Azji. Przybyła do mnie wczoraj w 6 dni pokonując 8,740 km. Jednocześnie jest to druga pod względem dystansu moja pocztówka. Więcej na liczniku ma tylko ta z Arizony, która przeleciała (bo raczej nie przejechała) 9,627 km. Licząc, że Tuscon dostałam na początku maja, a drugiej Japnii oraz trzeciemu Tajwanowi (tylko 2 km mniej niż Japonia) dużo jeszcze brakuje km do 9,627, to sądzę, że na rekord przyjdzie mi poczekać do czasu kiedyś w końcu wylosują mnie komuś z Ameryki Południowej, np. z Brazylii, Australii czy komuś z bardziej odległej części Stanów Zjednoczonych. Niemniej w pocztówce japońskiej zakochałam się. I to nie tylko ze względu na to, że jest to jeden z trzech moich offów, który pokonał więcej niż maksymalnie 1400 km (bo takie mniej więcej odległości dostaję - Niemcy, Holandia, Finlandia, Rosja, Ukraina, Białoruś, Litwa...), ale także dlatego, że choć to multi to widoczki na tej kartce są tak śliczne, że mam ochotę sypnąć proszkiem flu, którego nie mam, w kominek, którego również nie posiadam i krzyknąć: Japonia, "Itskukushima" i być tam zaraz. Okazuje się zresztą, że ilu postcrosserow, tyle gustów, bo choć ja ją wprost uwielbiam, to kartka ta nie zdobyła dotąd dużej ilości
     Szykując się do stworzenia tej notki zaczęłam szukać informacji o miejscach przedstawionych na pocztówce. Okazało się, że nie zostały one wybrane przypadkowo. Przedstawiają one bowiem tzw "trzy japońskie pejzaże" najbardziej znane i reprezentacyjne miejsca widokowe Japonii, które w 1643 roku wybrał filozof konfucjański: Hayashi Razan.
 Zacznijmy więc od lewej strony przedstawiającej Itsukushimę, a raczej Torii (brama) w tej miejscowości  Brama ta jest częścią chramu Itsukushimy. Chram to świątynia dla wyznawców shintoizmu. Brama ta jest najbardziej rozpoznawalną częścią świątyni i jedną z najbardziej znanych w  całej Japonii. Znajduje się ona na liście UNESCO. Bramy te mają znaczenie symboliczne. Torii symbolizuje przejście od "świata skończonego" - fizycznego świata ziemskiego, którego końcem jest śmierć, do "świata nieskończonego" będącego światem kami (bogów). Nadawczyni - Harumi dziewczyna o przepięknym piśmie (to chyba charakterystyczne dla Azjatów, chłopak z Tajwanu również ma piękno pismo) pisze, że można przejść pod nią w czasie odpływu. Adresatka zresztą ma zamiar odwiedzić to miejsce i łodzią przepłynąć przez symboliczna bramę.
   Po prawej stronie na górze widoczny jest Ama-no-hashidate ( dosłownie: most do nieba). Jest to wąska mierzeja o długości ok. 3,3 km, porośnięta około 8 tys. sosen spinająca brzegi zatoki Miyazu ("Morza Japońskiego").
   Trzeci obrazek przedstawia zatokę Matshishima, ale przyznaję, że zdjęcie nie oddaje chyba nawet w połowie uroku całego "mini-archipelagu" małych wysepek, popatrzcie tylko tutaj.

czwartek, 8 września 2011

27. Hiszpania - La Gomera


Ta śliczna pocztówka to nagroda w loterii kanaryjskiej od Anusigd. Jednocześnie nagroda, którą udało mi się "zgarnąć" chyba w 3 minuty po rozpoczęciu loterii ;) Miałam farta, rozpoznałam Mostar w Bośni i Hercegowinie na zdjęciu organizatorki i oto nagroda ;) Bardzo mi się podoba i cieszy mnie tym bardzie, że już byłam pewna, że zaginęła gdzieś w przestworzach, ale gdy się już z nią pożegnałam przywędrowała do mnie. Jak głosi podpis zakupiona ona została na hiszpańskiej wyspie La Gomera. Tak stricte to najpierw przywędrowała ona do Ani, a później do mnie ma więc na liczniku jeszcze odległość Gdańsk - Katowice ;).
A La Gomera to przedostatnia (ale tylko co pod względem wielkości powierzchni) wyspa z Archipelagu Kanaryjskiego. Jest niewielka, ma tylko 378 kilometrów kwadratowych powierzchni - jest zatem niewiele większa od Krakowa i sporo mniejsza od Warszawy. (Kraków ma 326,8 km a Warszawa 517, km kw.). Zaznaczyć jednak trzeba, że La Gomera jest wyspą wulkaniczną... i mnie przynajmniej poraża myśl, że wulkany mają taką siłę by wypchać wyspę wielkości Krakowa... a nawet większe. Na La Gomerze głownym źródłem dochodu jest turystyka. Na wyspie tej znajduje się m.in. Park Narodowy Garajonay, w którym objęto ochroną unikatowe lasy wawrzynowe. Stolicą obszaru jest San Sebastian La Gomera. Hiszpanie chyba lubią nazwę San Sebastian. Przecież miasto o tej nazwie jest stolicą kraju Basków - regionu na północy Hiszpanii. Aż sprawdziłam z ciekawości czy św. Sebastian nie był jakimś iberyjskim świętym, ale chyba nie o to chodzi, bo był on świętym prawosławnym.
Poza tym ciekawostką jest to, że ta Kanaryjska wysepka to jedyne miejsce na świecie, gdzie w szkole naucza się miejscowego język gwizdów - reliktowego języka, w którym nie używa się w ogóle słów a jedynie tonów czy akcentów. Chciałabym to usłyszeć. Także jako filolog z pewnymi podstawami językoznawczymi... Co jeszcze? A to, że warto też pamiętać, że La Gomera jak i ogólem Kanary, choć administracyjnie należą do Hiszpanii, to terytorialnie już do kontynentu Afrykańskiego.

poniedziałek, 5 września 2011

26. Polska - Grunwald

Pocztówkę tę otrzymałam wraz z drugą -mazurską  oraz listem od koleżanki ze studiów Judyty. Dotarły praktycznie mówiąc na moje urodziny więc tym bardziej mnie ucieszyły. Myślę, że Grunwaldu nikomu przedstawiać nie trzeba. Każdy z nas uczył się o wielkiej bitwie pod Grunwaldem (w zachodnioeuropejskim piśmiennictwie określanej jako bitwa pod Tannenbergiem), jednej z największych w historii średniowiecza i jednocześnie jednego z największych militarnych zwycięstw w całej historii Polski. Choć nie  można zapomnieć o wojskach litewskich i smoleńskich pod wodzą Witolda i wielu innych nacjach. Od wielu lat na polach pod wsią Grunwald (województwo warmińsko-mazurskie) corocznie 15 lipca odbywają się uroczystości patriotyczne, których największą atrakcją jest inscenizacja bitwy w wykonaniu braterstw rycerskich z całej Polski. Najwięcej tłumów przyciągnęły zeszłoroczne obchody, gdyż w 2010 roku obchodziliśmy 600-lecie bitwy pod Grunwaldem. Koleżanka pisała też, że nie tylko tłumy turystów i amatorów historii, ale także niestety złodziei. Jej dziadek wrócił z obchodów bez telefonu. Najlepiej się tam wybierać z niewielką ilością pieniędzy i dobrze ukrytymi dokumentami. A na pocztówce widać m.in. pomnik-obelisk upamiętniający poległych rycerzy, amfiteatr z makietą przedstawiającą rozstawienie wojsk przed bitw i tzw. kopiec Jagiełły.


poniedziałek, 29 sierpnia 2011

25. Rosja - St Petersburg

Pocztówkę tę otrzymałam od Valentiny  z Sankt Petersburga. To właściwie moja pierwsza prywatna wymiana międzynarodowa (wyliczając userów z Polski, mieszkających obecnie w innych krajach) Jakoś dotąd nie miałam za bardzo śmiałości by zagadywać userów z innych państw, zwłaszcza, że czytałam, że średnio 7 osób na 10 nie raczy nawet odpisać, że  nie są zainteresowani. Sądzę jednak, że po takiej dość udanej pierwszej wymianie być może jednak zagadam kogoś. Użytkowniczka z Rosji bowiem zagadała jako pierwsza. Wprawdzie miałam dostać nieco inną kartkę, ale ta również mi się podoba. Przedstawia ona Sobór Kazański. Sobór to oczywiście prawosławny odpowiednik katolickich katedr. Ta znana budowla jest poświęcona Kazańskiej Ikonie Matki Bożej a budowano go w latach 1801-1811, więc w tym roku obchodzi 200-lecie powstania, jednak nie poświęcenia, bo to z powodu skomplikowanej historii miasta, a przede wszystkim panującego tu przez prawie cały wiek XX komunizmu, nastąpiło dopiero w  XX wieku. Sobór jest zbudowany w stylu klasycystycznym, szczególnie duże wrażenie robi kolumnada złożona z 96 kolumn. Budynek ten wygląda też pieknie w nocy, gdy jest  oświetlony. (Można sobie zobaczyć tutaj ). Pewnie od razu rzuciło wam się w oczy, że Sobór Kazański jest podobny do Bazyliki św. Piotra w Rzymie. I słusznie, bo na niej wzorował się jego twórca - Andriej Worochin.  A tak poza tym... to chyba mam kolejną kartkę UNESCO-wą ;). Jak się bowiem doczytałam Sobór Kazański jest położony przy Newskim Prospekcie - najbardziej znanej i bardzo bogatej w zabytki ulicy dawnego Piotrogrodu. Ściślej mówiąc: Newski Prospekt jako zabytkowe centrum Petersburga jest praktycznie mówiąc w całości objęte ochroną UNESCO.
 Ps. Poprosiłam nadawczynię, by wypisała kartkę po rosyjsku. Zrobiła to. Pisała, że nie wiedziała, że w Polsce uczymy się rosyjskiego ;) Chyba rzadko kto, ale ja jednak się uczyłam. :)

czwartek, 25 sierpnia 2011

24. Irlandia - Dolina Glendalough


Cudeńko te otrzymałam w ramach swapa z Cleo. Od dłuższego czasu marzyła mi się pocztówka z Irlandii, bo wyjątkowo podobają mi się tamtejsze kartki, a dzięki Marysi moją kolekcję zasiliła właśnie ta piękna pocztówka przedstawiająca bardzo znaną dolinę Glendalough położoną w górach Wicklow.  Wieża ,którą tu widać jest często odwiedzaną przez turystów okrągła wieżą usytuowaną na zabytkowym cmentarzu (o którym niestety się nic nie doszukałam ;/). Sama wieża mierzy 32 metry a w jej wnętrzu mieściło się sześć drewnianych pięter połączonych drabinami. Tak jak i dziś w czasach średniowiecza, pełniła ona funkcje orientacyjne dla podróżnych. Do dziś na terenie doliny, nad jeziorem Górnym można zwiedzić wiele średniowiecznych zabytków, m.in. katedrę, Dom św. Kevina założyciela tamtejszego klasztoru, dom księży, oraz kilka kościołów... A tak już od siebie dodam. Kiedy słucham muzyki irlandzkiej, albo patrzę na pokazy tańca irlandzkiego, na pocztówki, to mam jakieś nieodparte wrażenie, że ten kraj wciąż pozostaje w pewnym sensie dziki... To zresztą powoduje, że znajduje się w pierwszej piątce moich krajów do odwiedzenia. Z czym jeszcze kojarzy mi się Irlandia? Oczywiście z dniem św. Patryka, a z nim z kolei shamrock - trójlistna koniczyna. Wreszcie.... kojarzy mi się z jednym z lepszych filmów jakie widziałam: z "Wiatrem buszującym w jęczmieniu. Jeśli ktoś nie oglądał to polecam, wydaje mi się, że my jako Polacy rzeczywiście potrafimy ten film zrozumieć... bo tu przecież też jeden brat był partyzantem, drugi bolszewikiem, a obaj chcieli walczyć o wolność.. W filmie jeden z braci wstępuje do IRY, drugi jest partyzantem, ale to przecież w zasadzie podobnie.

wtorek, 23 sierpnia 2011

23. Polska - Wola Uhruska


Pocztówkę z Woli Uhruskiej wraz z kartką z Włodawy wczoraj przyniósł mi brat. A jemu z kolei przekazał ją dla mnie jego kolega - Wojtek. Moja pasja staje się już bowiem tak znana, że znajomi często z własnej woli przywożą mi pocztówki, lub wysyłają sms z zapytaniem o pełny adres, bo chcą mi coś wysłać.  To bardzo miłe, a ja zawsze pamiętam o tym, kto mi konkretną pocztówkę podarował, nawet jeśli tak jak w tym przypadku dostaje ją czystą. Kartka ta mi się podoba przede wszystkim dlatego, że jest z miejscowości, o której nawet wcześniej nie słyszałam. Wątpię też bym ja kiedyś odwiedziła, choć kto wie. Bardzo lubię takie małe nieznane mieściny, kryją  w sobie wiele perełek architektonicznych, nieznanych legend, atrakcji turystycznych, po które sięgają nieliczni. A wydaje mi się, że naprawdę warto odwiedzić tamte tereny. Nie dość, że jest to wręcz raj dla miłośników spływów kajakowych i wędkarstwa, tych, którzy lubią wypoczywać kąpiąc się, to także doskonałe miejsce długie wycieczki piesze i rowerowe. W okolicach Woli Uhruskiej i okolicznych miejscowości ciągną się długie szlaki piesze i rowerowe, często wzdłuż malowniczo płynącego Bugu. Jak łatwo się domyślić, nie brakuje tu także zabytków. Do połowy lat 50. wola Uhruska należała do gminy Sobibór. I ta miejscowość jest bardzo atrakcyjna, ale już pod nieco innym względem, historycznym. Pewnie każdy kojarzy Sobibór ze znanym opartym na faktach filmem ,,Ucieczka z Sobiboru". Do dziś odbywa się dla upamiętnienia ofiar tamtejszego Obozu Zagłady i ogólnie mówiąc Holocaustu Bieg Sobiborski, trasa liczy 12 kilometrów, meta jest we Włodawie. Dodam, że z uciekających podczas Powstania w Sobiborze blisko 100 osób złapano od razu. Blisko 200 udało się schronić w okolicznych lasach i miejscowościach, z nich kilkudziesięciu udało się doczekać szczęśliwie końca wojny.
   A tutaj jeszcze daję linka do kilku ciekawych informacji na stronie oficjalnej Woli Uhruskiej dodam tez, że gdy patrzę na te krajobrazy Bugu... to przypomina mi się "Widnokrąg" Myśliwskiego... i to jak Piotruś wędrował z Mamą za Bug i zgubił buta, a później modlił się o jego odnalezienie do świętego Antoniego ;)

piątek, 19 sierpnia 2011

22. Słowacja - Liptovska Mara

Ostatnimi czasy prezentowałam pocztówki, które dostawałam "na bieżąco". Dzisiaj jednak postanowiłam się pochwalić jedną z najstarszych pocztówek w mojej kolekcji, a jednocześnie jedną z trzech najstarszych z zagranicy (obok hiszpańskiej Calelli i Augsburga). Wyjątkowo ją lubię. Nie tylko dlatego, że jest to w sumie jedyna kartka ze Słowacji jaką mam na dobrą sprawę. Lubię ją też dlatego, że dostałam ją od koleżanek - bliźniaczek O. i Z, z którymi chodziłam do podstawówki i gimnazjum. Jeszcze w liceum były one moimi najlepszymi przyjaciółkami. Niestety nieco urwał mi się kontakt, gdy obie wyjechały na studia. Obie do innego miasta Polski, obie też zresztą mieszkają na tyle daleko, że nie widziałyśmy się już trzy lata. Pozostają więc listy, gg. Pewnie dlatego mam do tej kartki ogromny sentyment. Fakt, mam od nich jeszcze kilka innych, z Beskidów, znad Morza... ale tę lubię jakoś najbardziej, bo chyba jest najstarszą kartką jaką od nich dostałam. Pamiętam, że otrzymałam ją na krótko przed egzaminami gimnazjalnymi, więc już 8 lat temu. Tyłu nie będę skanować, a żałujcie, bo pewnie byście się uśmiali :) Tyły pocztówek od nich zawsze były lepsze od przodów, zawsze pisały coś śmiesznego, albo rysowały, np. pana listonosza ;) A co mogę powiedzieć o Liptovskiej Marze? A choćby tyle, że wbrew pozorom nie jest to nazwa miejscowości a zbiornika retencyjnego na rzecze Wag. Okolice te stały się dużą atrakcją turystyczną po wybudowaniu w Besenovej parku termalnego. Uhm... ale bym wskoczyła do takiego basenu z ciepłą wodą!


środa, 17 sierpnia 2011

21. Holandia


Niestety nie mam bladego pojęcia jakie miejsce przedstawia ta pocztówka. Podoba mi się tak bardzo, że zdecydowałam się wysłać za nią pierwszego swojego TYC-a, zapytam więc nadawczynię. Być może ona wie. Nie gwarantowałabym jednak tego. Wydaje mi się, że jest to cegiełka, bądź kartka "reklamowa", bo z tyłu zamieszczono link do tej Organizacji na rzecz zdrowia. Na to wygląda, że kartkę tę wydało stowarzyszenie walczące o poprawienie warunków zdrowotnych w Afryce, szczegolnie na terenie Etiopii, Kenii, Sudanu, i RPA. Dokładna nazwa to African Medical and Research Foundation. Wielce chwalebne., dobrze, że ktoś pomaga tym milionom ludzi żyjącym na skraju nędzy...Tym bardziej mi miło, że taką kartkę otrzymałam, nawet jeśli nadawczyni dostała ją za free. Cóż mogę więcej napisać. Widok na pocztówce mnie zachwyca. Nic tylko się przenieść na taki mostek, położyć się na nim lub oprzeć się o barierki i czuć wiatr na skórze i zapach soli (?) w powietrzu. Ciekawe gdzie to jest... naprawdę chcę wiedzieć.

wtorek, 16 sierpnia 2011

20. Niemcy - Burg Hornberg


Pocztówkę tę otrzymałam od Thomasa z Niemiec. Przebyła ona 903 km w 6 dni.  Żałuję, że zdjęcie jest słabej jakości przez to pocztówka traci na uroku. Szukając informacji o zamku Hornberg, (bo Burg to po niemiecku "zamek") odnalazłam kilka jego zdjęć i muszę przyznać, że gdyby tylko fotografia była nieco lepsza lub po prostu nowsza (bo pocztówka wygląda mi na dość starą), to naprawdę byłabym zachwycona tą kartką. O samym zamku Hornberg informacje znalazłam głównie po niemiecku, a muszę przyznać, że w tym języku to umiem chyba tylko się przedstawić, niemniej z informacji które podał mi Thomas i które wyłuszczyłam z angielskiej wiki wynika, że zamek ten pierwotnie należał do znanego niemieckiego rycerza Götz von Berlichingena. Rycerz ten zbudował zamek Hornberg w XI wieku (łatwo się domyślić, że  nie zrobił tego własnymi rękoma).  Zamek ten jest malowniczo położony nad doliną Neckaru (ta sama rzeka przepływa m.in przez Stuttgart), otoczony jest przez winnice, jego dokładna lokalizacja to miejscowość Neckarzimmer w rejonie Badeni Wurttenbergii. W budynku zamku dzisiaj znajduje się muzeum, restauracja i hotel. Pierwsze pisemne wzmianki na temat zamku pochodzą z roku 1148. Przez wieki był on lennem biskupstwa Speyer. W 1689 roku zamek został częściowo zniszczony przez Francuzów. Dziś można go zwiedzić za niewielką opłatą.
   Znalazłam też ciekawą informację, że w języku niemieckim istnieje rozróżnienie dużego zamku i małego, bardziej warownego. Ten pierwszy to schloss a drugi to burg. To też sporo mówi o siedzibie rycerza Berlichingena. Tak już na sam koniec, apropos powyższego pana. Nadawca pisał, że był on znany z tego, że kazał powiedzieć wysłannikowi swojego zwierzchnika (tu cytat), "Powiedz swojemu panu, że może mnie pocałować w du..." :D Jak miał taki zamek, to mógł ;)

czwartek, 11 sierpnia 2011

19. Polska - Warszawa

                                                                                
Pocztówkę tę otrzymałam od Desirki jako nagrodę w loterii wakacyjno-rodzinnej. Żałuję, że nie pomyślałam wcześniej, by stworzyć tę notkę 1-go sierpnia. W rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego, bo kartka ta przywodzi na myśl takie skojarzenia. Na górze bowiem widać to co zostało z przedwojennej Warszawy i Zamku Królewskiego. Sterta cegieł, gruzów i kawałek kolumny Zygmunta. Tu nie widać tego dobrze, ale strzałka pokazuje powaloną figurę, którą po wojnie odbudowano. Wymagała ona zatuszowania około 200 uszkodzeń i dorobienia lewej dłoni, szabli i krzyża. Tak sobie myślę, że aż dziwne, że komuniści w ogóle ten krzyż pozwolili odbudować. Przecież mógł stać bez krzyża nie? Z tą kolumną to jak i z całą Warszawą. Kompletnie zniszczona przez wojnę, w dłoni może nie szabla a karabin i krzyż także. Wszyscy znamy skutki tego powstania. Dlatego dzisiaj łatwo nam powiedzieć: na co nam to było? A ile by ludzi przeżyło, miasto nie byłoby tak zniszczone. To wszystko prawda. Ale przeczytawszy "Zdążyć przed Panem Bogiem" (choć to akurat o Powstaniu w Getcie Warszawskim) czy "Pamiętnik z Powstania Warszawskiego" mogę chyba stwierdzić, że choć w części rozumiem przyczyny tych tragicznych zrywów (oczywiście w pełni mogą zrozumieć to tylko ci, którzy przeżyli wojnę). Bez zbędnego zagłębiania się w martyrologię i  mity narodowe, chyba trzeba stwierdzić, że my  mamy to we krwi. Mając do wyboru śmierć przez zagłodzenie lub wyniszczenie, już chyba lepiej umrzeć z karabinem w ręku... Pamiętam jakie wrażenie, zrobiły na mnie popowstanczej Warszawy, pierwszy raz obejrzany "Pianista", "Kanał" czy lektura "Pamiętnika z Powstania Warszawskiego"... I wydaje mi się, że w ogóle nie na miejscu są dzisiaj spory o to czy to wszystko było potrzebne, a tym bardziej potępianie tych którzy je wszczęli, bo oni walczyli o lepszą przyszłość, o życie, honor. Myślę, że może jakby wszyscy ci młodzi ludzie, którzy ginęli na ulicach Warszawy, lub co gorsza pod jej ulicami, w kanałach zupełnie zagubieni, zagazowani lub oszalali z rozpaczy widzieli jak wygląda dzisiejsza Polska, machnęliby ręką i powiedzieli, że nie warto. A może jednak by walczyli? Raczej nie walczyli o taki kraj jaki jest teraz i taką Warszawę jaka jest teraz. Oczywiście nie mam na myśli samego wyglądu kraju, bo przecież Warszawę odbudowano szybko (jak twierdzi moja Babcia, zwożąc wszystko co się nadawało do budowy z całego kraju, dlatego np. bardzo długo trwała odbudowa Głogowa), ale o to wszystko co się teraz dzieje z krajem i z ludźmi w nim mieszkającymi. Nie będę się w to zagłębiać, bo musiałabym wejść w tematy polityczne, albo popaść w moralizatorstwo, albo nie daj Boże, znowu pójść w nasz osławiony romantyzm narodowy. Powiem tylko tyle, że szlag mnie trafia jak widzę, jak młodzi ludzie maja głęboko w d... poświęcenie tamtych milionów, nie szanują historii, tego, że ich równolatkowie ginęli, by oni mogli żyć. Wielcy kosmpolici twierdzący, że ten kraj to zadupie i jest im tu bardzo źle. No to proszę bardzo, do widzenia, proszę pojechać do Chin czy gdzie indziej, gdzie nie będzie się szanowało ich wolności ludzkiej. Nienawidzę takich młodych, głupich durniów, którzy plują na całą historię, ale uważają się za wielkich Polaków, wtedy kiedy polscy siatkarze czy Małysz zdobywają złoto....
  Tak już zupełnie na koniec, przypomniała mi się pieśń Krahelskiej, omawiałam ją dwa lata temu z dziećmi z 6 klasy podstawówki muzycznej. Poniżej fragment, utworu warszawskiej syrenki:

Hej chłopcy, bagnet na broń!
Długa droga, daleka przed nami,
Mocne serca, a w ręku karabin,
Granaty w dłoniach i bagnet na broń!

Ciemna noc się nad nami
Roziskrzyła gwiazdami
Białe wstęgi dróg w pyle, długie noce i dni,
Nowa Polska zwycięska jest w nas i przed nami
W równym rytmie marsza - raz, dwa, trzy!

Hej chłopcy, bagnet na broń!
Długa droga daleka, przed nami trud i znój,
Po zwycięstwo my młodzi idziemy na bój,
Granaty w dłoniach i bagnet na broń!

Ps. wiecie, że na zachodzie mówi się, że wyjątkowo źle dobraliśmy sobie nazwę stolicy? W końcu Warszawa to po angielsku Warsaw. Wstawcie spację w połowie słowa.

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

18. Polska - Gorlice

                          

Kartka z wymiany z PauląZ87. Przedstawia ona Rynek w Gorlicach. Jak pisze nadawczyni jest to już  pocztówka trochę historyczna, bo obecnie na Rynku prowadzone są prace rewitalizacyjne i za rok pewnie będzie wyglądał on zupełnie inaczej. Tym bardziej mnie ona cieszy, bo za rok może już nie będę mogła dostać takiej pocztówki, z widokiem "starego" Rynku. Gorlice to miasto w województwie małopolskim. Dodajmy, że dziś, bo od czasu zakończenia II wojny światowej aż trzy razy zmieniało ono przynależność administracyjną. Przez pewien czas należało do województwa rzeszowskiego, a następnie do nowosądeckiego. Miasto to leży  na granicy Beskidu Niskiego. Jest to niewielka miejscowość zamieszkiwana przez około 30 tysięcy mieszkańców. Gorlice mają dość ciekawą historię. Powstały one w XIV lub XV wieku, po nadaniu  Daresławowi Karwacjanowi przywileju lokacyjnego przez Kazimierza Wielkiego.  Jak się dopatrzyłam, w mieście nadal istnieje "Dwór Karwacjanów". Miasto zaczęło się rozwijać u schyłku XIX wieku, ale rozwój ten przerwała I wojna światowa. Z kolei po II wojnie światowej zarówno Gorlice jak i okoliczne miejscowości walczyły z UPA, która dokonywała na tych terenach zniszczeń, podpaleń. Gorlice znajduję się także blisko Magurskiego Parku Narodowego. A dużą atrakcją miasta jest pierwsza na świecie uliczna lampa naftowa, która wygląda tak:


Z chęcią odwiedziłabym Gorlice. Zwłaszcza, że koleżanka z roku, urodzona tam, trochę mi to miasto zareklamowała, a Paulina jeszcze wzmocniła moje zainteresowanie :) Nie mówiąc już o tym, że uwielbiam Rynki...pewnie dlatego, że ten katowicki, jest wręcz tragiczny. A kiedyś był naprawdę ładny!

piątek, 5 sierpnia 2011

17. Polska - Lubuskie Muzeum Wojskowe w Drzonowie k. Zielonej Góry

Śmiem sądzić, że do stworzenia tej notki nadawałby się mój chłopak - Dominik, on przynajmniej wie, co się znajduje na fotografiach na widokówce, bo ja to bez podpowiedzi z tyłu napisałabym najwyżej, że "powyżej widać kolaż złożony z fotografii czterech samolotów" (pięciu licząc, że na jednym z nich są dwa) i kij tam, że jeden z nich to śmigłowiec. No, ale postaram się nie popełnić znacznych błędów merytorycznych ;). Jak twierdzi widokówka, powyżej od górnego prawego rogu zaczynając znajdują się: radzieckie samoloty II-14T oraz Li-2P (mnie to bardzo wiele mówi!), polski samolot szkolno-treningowy "Iskra" bis B, radziecki śmigłowiec desantowo-transportowy MI-4A oraz, także radziecki samolot bombowo-rozpoznawczy SU-20.
     Cóż, potwierdziła się teza, którą postawił Cejrowski w "Rio Anaconda" jak już Sowieci wylatali się na swoim sprzęcie to oddawali go nam :D. Samo Muzeum w Drzonowie znajduje się w odległości 12 km od Zielonej Góry i niby dojechać się tam da nawet PKS-em, ba, nawet wrócić się da, ale mimo wszystko polecam wybranie się tam samochodem jeśli nie chcecie czekać na autobus powrotny dwie godziny i dreptać na drugi koniec wsi do sklepu po coś do jedzenia, bo Drzonów, to z całym szacunkiem, ale straszna dziura, jedzie się tam przez lasy a autobus zajeżdza raz na dwie godziny do godziny 18:00 z czterogodzinna przerwą między 12:00 a 16:00 :D:D, Niemniej zwiedzić warto. W samym budynku muzeum można zwiedzić różne ekspozycje np. broni, strojów wojskowych, map itp, szczególnie z okresu II wojny światowej, ale też w jednej sali można było zobaczyć kolczugę rycerze... no, z któregoś tam wieku ;) Niestety w środku nie można było zrobić zdjęć, więc się nie pochwalę. Ekspozycja w środku stanowiła zresztą niewielką część całości, bo wszystkie czołgi, samoloty, helikoptery, działa samobieżne, schrony itd. mieściły się nie zewnątrz. Mój facet był w siódmym niebie, i nie powiem mnie się też podobało. Gdyby ktoś był kiedyś w nagłej potrzebie wysłania komuś kartki związanej z militariami, to mogę również poratować o taką:



Mnie osobiście najbardziej podobały się samoloty, pewnie dlatego, że jeszcze nigdzie nie leciałam, a to musi być fajne tak widzieć świat z góry :) To chyba z nimi napstrykałąm sobie najwięcej zdjęć, ale oczywiście nie obyłoby się bez zdjęcia z czołgiem identycznym jak Rudy 102! (Nie ten, pan po prawej/lewej tak naprawdę, to nie jest ten czołg ;))

  
 

środa, 3 sierpnia 2011

16. Szwecja - Stockholm

Pocztówka ta dotarła do mnie ze stolicy w Szwecji w zeszłym tygodniu. Jednocześnie jest to dopiero mój dziesiąty off, ale też pierwsza pocztówka ze Szwecji. W dodatku naprawdę mi się podoba. Wprawdzie nie przepadam za współczesną architekturą i mając do wyboru zwiedzenie nowoczesnych dzielnic Nowego Jorku czy też Dubaju, wolałabym zwiedzić jakieś małe, stare miasteczka np, na Bałkanach, ale ta pocztówka jakoś mi się podoba. Nadawczyni - dziewczyna imieniem Embla pisze, że biała kopuła, którą widać na zdjęciu to Globe. Teraz zwyczajowo nazywany (Sony) Ericsson Globe. Jest to arena sportowa, zlokalizowana w południowej części Stockholmu. Oddano ją do użytku w 1989 roku. Najczęściej odbywają się w niej mecze hokeja (a to dziwne, nie?) i konkursy w łyżwiarstwie figurowym. Budynek ten jest też wykorzystywany podczas dużych imprez i koncertów. Sala bowiem może  pomieścić na meczach blisko 14 tysięcy osób (więc o 3 tysiące więcej niż Spodek), a na koncertach blisko 16 tysięcy. W jednym ze skrzydeł Globe umieszczone jest centrum handlowe, więc jest to miejsce często odwiedzane przez Szwedów, co za tym idzie, można tam dojechać w łatwy sposób, na różne sposoby, m.in. metrem. Ale tak zupełnie szczerze, poza tą kopuła, to najbardziej podoba mi się ten balon w tle ;) Dodam tylko, że  kartka ta przebyła prawie tysiąc kilometrów. Zabrakło jej 2 km do tysiaka :]

wtorek, 2 sierpnia 2011

15. Szwajcaria - Bellinzona

Pocztówkę tę wraz z kilkoma innymi ze Szwajcarii przywiózł mi dzisiaj ze sobą mój chłopak, jemu z kolei przekazała ją jego kuzynka. Prezentuję tę, bo mi się najbardziej podoba :) A podoba mi się tym bardziej, że jest to kolejna kartka do kolekcji UNESCO-wej. Bellinzona to bowiem jeden z biektów Szwajcarii z listy światowego dziedzictwa. Miejscowość ta, będąca jednocześnie stolicą kantonu Ticino (jest to włoskojęzyczna cześć Szwajcarii, co zresztą widać po nazwach), słynie ze średniowiecznych warowni przedstawionych na pocztówce. Zamki te noszą nazwy Castelgrande i Sasso Corbaro. Montebello z kolei to nazwa całego wzgórza na którym stoją fortyfikacje. W XV podczas szwajcarskiego oblężenia (jeśli dobrze rozumiem po angielsku) zmieniono nazwę warowni  z Castello di Svitto na Castello di San Martin. Z kolei Sasso Corbaro zostało stworzone przez ród Sforzów.  Razem stanowią świetny przykład alpejskich budowli obronnych. Mówi się także, że powstały one w XV wieku,  wyniku działań książąt Mediolanu, którzy chcieli bronić krańców władanego terenu. Teren Bellinzony do dziś stanowi miejsce badań archeologicznych, naukowcy twierdzą, że osadnicy zamieszkiwali ten teren nie tylko w czasach rzymskich, ale nawet prehistorycznych.

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

14. Holandia - Wiatraki z Kinderdijk


Pocztówkę tę przywiózł mi ze sobą z Bredy mój Tato. I zakochałam się w niej z miejsca ;) Wskoczyla od razu na listę moich ulubionych :) Tym bardziej, że widnieją na niej wiatraki z Kinderdijk, czyli wiatraki UNESCO-we ;). Kinderdijk to bowiem niewielka wieś holenderska, która leży 15 km od Rotterdamu, która znana jest właśnie z największej (obok Zaanse Schans) grupy zabytkowych wiatraków. Wieś ta jest położona w polderze, który jest osuszany aż przez 19 wiatraków. Cały ten system powstał około 1740 roku. Dziś stanowią one jedną z największych atrakcji Holandii. Od 1997 widnieją na holenderskiej liście światowego dziedzictwa, UNESCO.
   I na koniec jeszcze powiem: CHCĘ je zobaczyć! Koniecznie! Najlepiej właśnie o zachodzie słońca

13. Polska - Nowy Sącz

Nadrabiam zaległości w prezentowaniu pocztówek :) Tę wygrałam na dzień przed obroną, wiec jeszcze na koniec czerwca, a dostałam w lipcu od Siadulki. Jak widać przywędrowała do mnie z Nowego Sącza, przebyła więc około 153 kilometrów. Jest to miasto na prawach powiatu w województwie małopolskim, zostało założone na poczatku XII wieku - oficjalnie 200 lat przed odkryciem Ameryki przez Kolumba, w 1292 roku. Tym samym Nowy Sącz, może się zaliczać do zacnego  grona najstarszych miast Polski. Największe zabytki Nowego Sącza to m.in. Bazylika Kolegiacka, ruiny zamku królewskiego, Ratusz widoczny na pocztówce oraz, Synagoga Grodzka, secesyjny dworzec PKP oraz skansen - Sądecki Park Etnograficzny