Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 27 września 2011

33. Słowienia - Ljubljana

A oto nagroda w loterii słoweńskiej, w której byłam jedną ze zwyciężczyń i nawet tego nie zauważyłam! A jaka byłam zawiedziona, że nie udało mi się wygrać, bo Słowenia należy do grupy państw, z których pocztówki podobają mi się najbardziej! Na szczęście Monika vel Wariaty przypomniała mi o wysłaniu adresu na czas i oto jest. Pocztówka z mojej listy best of the best. Oczywiście na oficjalnej stronie PC nie ma opcji favów z favów, ale gdyby była ta z pewnością by się w tej grupie znalazła. Nie wiem nawet czym mnie tak urzekła (poza białą ramką ;) - ach te moje "zboczenie" białoramkowe), ale jestem w niej zakochana.
    A teraz nieco dywagacji historyczno-językowych. A, bo co? Musi być notka w formie: kartka przedstawia to i to? A znajdźcie sobie co to ;). Co do samej Ljubljany. Już dzisiaj wspomniałam, jej nazwa wyjątkowo kojarzy mi się z nazwą polskiego Lublina. Nie zdziwiłoby mnie (a jest to nawet prawdopodobne), że wywodzą się z tego samego rdzenia języka praindoeuropejskiego. Pięknego rdzenia, bo człon lubi- lub- znaleźć przecież można w takich wyrazach jak lubować, lubić, luby, wszystko co związane z miłością! Poza tym mogłabym też się założyć (choć aż tak biegła w morfemach języków słowiańskich nie jestem, więc ręki nie daję), że -ana w nazwie stolicy Słowenii oznacza to samo co i nasze -in - domenę przynależności do kogoś, założyciela osady. W nazwie słoweńskiej widać aż dwie litery "j".  W nazwie naszego Lublina też były, a  na pewno w miejscu zbitki bl, bo ta powstała z bj. Dokladnie tak jak w nazwie stolicy Słoweni. To jest tzw proces jotacyzacji, lub jak kto woli palatalizacji przez "j". Różnica jest jedynie taka, że Słoweńcy upamiętnili w piśmie to, że tam kiedyś było te "jot", a my nie. A po co to w ogóle było? By było łatwiej wymawiać. Łatwiej wypowiedzieć Lublin czy Ljubljana (my przecież czytamy [lublana]) niż z tymi j. Zaś co do pierwszych liter obu nazw, w obu przypadkach jest to ta sama litera, z tym, że u nas jest to twarde "l" (kolejny z procesów językowych) a w słoweńskim mamy miękkie lj. Tym samym słoweńskiemu jest tu bliżej do języków wschodnich, Rosjanie a raczej częściej Rosjanki też wypowiadają "ljubimyj moj" Języki mają to do siebie że dążą ku uproszczeniu. Im łatwiejsza wymowa tym lepiej. I tak oto od tej pięknej kartki od Moniki dotarliśmy aż do palatalizacji, i zmiękczenia/braku zmiękczenia w językach słowiańskich. Interesująca sprawa, takie powiązania między językami. Niby wiemy, że możemy się jako tako dogadać z naszymi sąsiadami np. ze Słowakami czy z Rosjanami, Ukraińcami, a nie wiemy tak naprawdę dlaczego, a to właśnie dlatego, że pierwotnie nasze języki wywodzą się z tego samego: praindoeuropejskiego. Dlatego nawet do 80% naszego słownictwa ma ten sam rodowód co naszych sąsiadów. A że jedni z nas mówią mleko, inni moloko, inne melko to już kwestia tego jak konkretne procesy zachodziły w naszych językach. Wniosek - jak mniemam ze Słoweńcami idzie się dogadać "po naszemu" ;)

piątek, 23 września 2011

32. Polska - Dąbrowa Górnicza

Kto by pomyślał, że kartka przedstawiająca hutę, spodoba mi się najbardziej ze wszystkich dąbrowskich. W końcu to naprawdę ładne miasto, a jakoś fotografowie z Dikappy, nie potrafią za bardzo uchwycić piękna miejscowości, w której mają siedzibę i kartki z reguły wychodzą im średnie, o jak choćby ta z Pogorii. To przecież takie ładne i malownicze jeziorka. Byłam to wiem, a tu mamy widoczek jakiegoś mostku i suszącego się dywanu i kominów w tle ;). Tak w ogóle to notkę tę chyba powinien napisać Dominik (tak Gadzie :P), bo to on jest z Dąbrowy, ja ją poznałam tylko na tyle, na ile mi ją pokazał, a Hutę Katowice widziałam jedynie z samochodu. Z tego co jednak wiem, to to jest właśnie ta huta, dla której pracowników powstawały jak grzyby po deszczu osiedla zarówno w Dąbrowie jak i okolicznych miejscowościach (początkowo "sypialnie" dla robotników, które poprzekształcały się w samodzielne dzielnice). Na samym początku kombinat zatrudniał dziesiątki tysięcy pracowników, którzy zjeżdżali do Zagłębia z całej Polski, szczególnie południowej. Do dzisiaj mieszkańcy Dąbrowy Górniczej czy Będzina lub Sosnowca to niekoniecznie rodowici Zagłębianie. Często są to rodziny, których ojcowie czy dziadkowie osiedlili się tutaj, bo tu była praca, w dodatku dobrze płatna i mieszkania. Pamiętacie serial "Daleko od szosy?" Ten o upartym Leszku, który m.in. robił maturę by dostać się do pracy? O ile się nie mylę, to właśnie starał się o pracę właśnie w Hucie Katowice. Sama Dąbrowa wiele zawdzięcza Hucie. Przede wszystkim rozbudowanie dzielnic w których granicach leży: Gołonoga, Ząbkowic, Łośnia i Strzemieszyc ( w tej ostatniej ma siedzibę Dikappa i tam utworzono tę pocztówkę). Co jeszcze? Choćby to, że otwarto specjalne połączenia tramwajowe łączące miasta zagłębiowskie (o ile się nie mylę, to ta linia ciągnąca się przez Czeladź, Będzin i Dąbrowę Górniczą) z Hutą. Dzięki temu mieszkańcy mogą dziś korzystać z dodatkowego środka komunikacji.
     Zakład został zatwierdzony do budowy w roku 1971. Prace nad jej budową zaczęto rok później i to wtedy właśnie do jej zbudowania zatrudniono 50 tys. ludzi. W 5 lat po zatwierdzeniu planu budowy (przecież komunizm lubił 5-latki, wiec nic dziwnego, że ta ogromna huta też powstała w 5 lat) rozpalono w dniu 2-go grudnia pierwszy wielki piec. Najwięcej ( a tak przynajmniej mówi Wiki) Huta zatrudniała w 1992 roku - 23 240 pracowników + spółki wydzielone kolejne około 3-4 tysięcy. Nie wiem dokładnie ile huta zatrudnia dzisiaj. W 2001 roku było to 5 + 7 tysięcy. To i tak zaledwie połowa tego co w 1992 roku, ale jak wiadomo kłopoty finansowe i kryzys przemysłu ciężkiego dotknął też i te hutę.

poniedziałek, 19 września 2011

31. Polska - Pszczyna


Ta przepiękna pocztówka przez dłuższy czas zresztą widniejąca w mojej galerii favów jest pamiątką z  sierpniowego wypadu do Pszczyny. Dominik zabrał mnie tam w ramach wycieczki urodzinowej, bo muszę przyznać, że wolę się gdzieś wybrać  niż jakieś rzeczowe prezenty. W Pszczynie tak po prawdzie to  byliśmy już 3 lata temu, również w ramach moich urodzin, bo tak się złożyło, że w ostatni weekend szkolnych wakacji ta niewielka miejscowość organizowała swoje dni. I imprezę zrobili przednią. Mnóstwo zespołów i artystów jakich lubiłam lub nadal lubię: Akurat, Koniec Świata, Maleńczuk, Szwagier Kolaska, Daab i T-Love. Zwinęliśmy się przed T-Love, bo musieliśmy jakoś wrócić, ale i tak wcześniej widzieliśmy Muńka w repertuarze Kolaski, a zresztą niecałe trzy  miesiące wcześniej T-Love grało u nas na juwenaliach (i od wtedy ich uwielbiam, nie wiem jak można ich było wcześniej nie lubić , to chyba przez to, że radio najczęściej puszczają "Chłopaki nie płaczą" a tego wciąż wręcz nienawidzę!).  Nie mieliśmy wtedy okazji zwiedzić ani Zamku (a raczej pałacu, przecież zamek pełni funkcje obronne!) ani porządnie Parku, ani tym bardziej zagrody żubrów. Dlatego tym razem postanowiliśmy nadrobić te zaległości. Zwiedzanie zaczęliśmy od... poczty. Nic specjalnego, same multi z DDK - radzę walić od razu na Rynek, gdy tam pojedziecie kiedyś) Później zawędrowaliśmy właśnie do Rynku, gdzie w ostatnim roku postawiono pomnik w rodzaju tych łódzkich (np. Ławeczki Reymonta) z księżną pszczyńską Daisy a raczej: Marią Teresą Oliwią Hochberg von Pless - arystokratką angielską, żoną księcia pszczyńskiego i pana na Ksiązu Hansa Heinricha XV Hochberga.
Tak wygląda ta
 

Niski biały budynek, który widać w tle to Brama Wybrańców, czyli wjazd na dziedziniec zamkowy. W jej podcieniach znajduje się Centrum Informacji Turystycznej, które sprzedaje nie najtańsze, ale śliczne i zdecydowanie warte swej ceny (1,49 chyba?) pocztówki. Tę z zamkiem też tam kupiłam. Można tam również podbić sobie pocztówki pieczęcią Muzeum Zamkowego, wiec nie zdziwicie się jeśli, któreś z Was dostanie kiedyś opieczętowaną pocztówkę z Zamkiem. Ale wyjdźmy na moment jeszcze z Bramy Wybrańców. Mniej więcej tam gdzie widać za moją głową lampę stoi też miejski kiosk, chyba przyzwyczajony do tego, że ludzie lubią pocztówki. Tam można kupić naprawdę tanie i ładne (powiedziałam to!) pocztówki o dziwo z Dikappy o takie jak tutaj. Do pałacu można wejść przez Bramę Wybrańców lub przez inne wejść właśnie obok tego miejskiego kiosku. Zwiedzanie pałacu najtańszą imprezą nie jest. Zwłaszcza, że władze muzeum wycwaniaczyły się i każą płacić osobno za wszystko, osobno za wnętrza cesarskie, osobno za zbrojownię, za wystawę dziwnych i oryginalnych rzeczy, za jakieś tam wystawy. My zwiedziliśmy te trzy, które wymieniłam. Nie powiem, zwiedzania było ponad godzinę. Wnętrza cesarskie wręcz zapierają dech w piersiach... niestety nie można było robić zdjęć... a zresztą, jedźcie sami i zobaczcie! Zbrojownia również była ciekawa, bo ta wystawa Znane i Nieznane nie była warta 5 zł. (bilet za wszystkie wnęstrza kosztował ulgowo chyba 12). Owszem, prezentowali tam ciekawe rzeczy np. gigantyczny stary odkurzacz, ale miałam wrażenie, że wydzielono tę część na siłę, wybierając z rożnych części pałacu co popadnie. Najbardziej irytujące w tym wszystkim było to, że trzeba było chodzić w ochronnych kapciach. Rozmiarów na kobiecą stopę w ogóle nie mieli. Musiałam założyć dziecięce. A połączenie dziecięce kapcie + luźne gumki na pięty w tych kapciach + śliskie schody + ja = ja się się pośliznęłam na schodach i poobijałam cztery litery tak mocno, że aż przysłano do mnie koordynatora całego muzeum. Pewnie chciał się dowiedzieć czy będę ich pozywać do sądu. A mogłam ich postraszyć, bo bolesną pamiątkę miałam na kilka dni.
   Gdy zwiedziliśmy zamek ruszyliśmy do parku, który też jest ciekawy. Można tam zobaczyć m.in. Bramę Chińską, Bażanciarnię, Pawilion Herbaciany czy Nekropolię Anhaltów. Trzeba jednak zacząć od tego, że park jest tam marnie oznakowany, że trzeba się nachodzić by gdzieś trafić. Na koniec udaliśmy się do zagrody żubrów. Polecam to miejsce zwłaszcza gdy macie dzieci. Będą uchachane ;). Tylko radzę wybierać się tam np. w godzinach: 12:00, 14:00, 16:00 itd, bo wtedy karmi się żubry. Tak poza porą karmienia, to moglibyście być zawiedzeni, bo zagroda jest naprawdę duża i żubry (a jest ich 6 w tym jeden przywódca stada - ogromny i jeden taki malutki, zeszłoroczny) rozchodzą się po całym terenie i wsuwają trawę. One chyba w ogóle nie robią nic innego. Gdy jest pora karmienia przychodzą do karmików (?), których jest 5 i można je zobaczyć z bliska przez mniej wiecej pół godziny. Najbardziej przerąbane ma ten żubr, który ustawi się obok tego największego, bo ten wyjada wszystko ze swojej misy, a później wypycha tego najbliżej i wyjada jego część. Małego wszystkiego traktuję pobłażliwie i pozwalają mu jeść z tego samego karmika. Można tam również zobaczyć inne zwierzęta, np. sarny, muflony, daniele, pawie, które chodzą sobie luzem i pozują do fotek i kilka innych.                                                       

niedziela, 18 września 2011

30. Szwajcaria - Zurych

Tę prześliczną pocztówkę otrzymałam od Heksity w ramach wymiany za pocztówkę Bielską. Szkoda tylko, że moja ponoć dotarła w nie najlepszym stanie, bo ta zawitała do mojej skrzynki szybciutko i w stanie idealnym. Tak jak i w wypadku wymiany z Cleo miałam trudności z wybraniem dla siebie pocztówki z galerii, więc poprosiłam o wybranie jednej z trzech wskazanych, a  Marta wybrała właśnie tę. Jak pisze nadawczyni na widokówce, pan/i fotograf uwiecznił/a zachodnią część starego miasta, Jezioro Zuryskie i  rzekę Limmat, jedną z dwóch, nad którymi leży największe miasto Szwajcarii. Drugą z tych rzek jest Sihl, wpada ona do tej, którą widzimy na zdjęciu. Zurych, jak na europejską stolicę jest dość małym miastem, ma 372 tysiące mieszkańców, a powierznią nie zajmuje nawet 100 km kwadratowych. Mimo tego, jak przystało na największe miasto Szwajcarii jest miastem ważnym nie tylko dla tego kraju, ale też dla całej Europy, choćby ze względu na sferę ekonomiczną, jest też ważnym ośrodkiem akademickim czy kulturalnym.

czwartek, 15 września 2011

29. Polska - Jędrzejów - Ciuchcia Expres "Ponidzie"


Przyznam zupełnie szczerze, że do niedawna wielką miłośniczką kartek z pociągami czy tramwajami nie byłam. Właściwie muszę dodać, że chyba wciąż bardziej podobają mi się kartki, na których prócz samego środka lokomocji widać też fragment miasta czy też widok z lotu ptaka. Bardzo podobają mi sie pocztówki z Lisbony, bo pokazują tez te śliczne wąskie uliczki i między nimi te żółte tramwaje...prześliczne :) Podobnie podobają mi się pocztówki szwajcarskie przedstawiające kolejki ciągnące z trudem przez góry czy wiadukty. Pocztówki z samymi pociągami czy tramwajami nie zachwycają mnie. O, przykładowo mam np. kartkę z tramwajem słonecznym w Strasbourgu, ale przyznam, że wolałabym kartkę przedstawiającą stare miasto, w końcu to miasto UNESCO-we... a tu tramwaj sloneczny ;) Ale nie mam co narzekać, bo pocztówkę tę po prawdzie po prostu znalazłam poniewierającą się w szkole. Muszę jednak przyznać, że kartka z Jędrzejowa, choć gdy przyniósł mi ją brat miała strasznie pozaginane rogi i przybrudzenia z tyłu urzekła mnie z miejsca. Od razu mówię, że to nie brat ją tak wygniótł, a jego kolega, który kupił mi ją na wakacjach w Jędrzejowie. Nie mam mu tego za złe, cieszę się, że o mnie pamiętał. Młodzi chłopcy po prostu z reguły nie przywiązują uwagi do tego, by coś schować np. do książki ;).
Z napisu wynikałoby, że ta wąskotorówka ma 90 lat, ale chyba stara jest ta kartka, bo jak mowi ciocia wiki, powstanie kolejki datuje się na rok 1917, więc ma ona już 94 lata. Kolejka ta, jak widać zabytkowa kursuje na trasie Jędrzejów - Pińczów. I chyba niestety nie jest to najtańsza impreza jeśli nie ma się zniżki, bo normalny bilet na trasie Jędrzejow-Pińczów-Jędrzejow kosztuje 28 zł. (Za 29 km trasy). Niemniej, jeśli bym miała okazję na pewno bym się wybrała na przejazd taką kolejką. Chyba tylko raz jechałam wąskotorówką, ze Żnina do Biskupina i bardzo miło to wspominam. Najciekawsze jest to, że na "pokładzie" Ciuchci  odbywają się różne imprezy i funkcjonuje w niej bufet i można sobie zjeść tam np. kaszankę z grilla. Dla mnie brzmi kosmicznie ;). A co jest główną atrakcją kolejki? Tak naprawde po drodze mija się wiele ciekawych pod względem przyrodniczym i historycznym miejsc, ale mnie chyba najbardziej by zaciekawiły te zapomniane, często drewniane małe stacyjki. Po prostu urocze, o popatrzcie, to stacyjka Umianowice:
                                                        
Śliczna, jak zaklęta w czasie ;). Więcej możecie sobie obejrzeć (i poczytać) tu: http://www.ciuchcia.eu/ wystarczy kliknąć na dole w: trasa a następnie na mapce, która się wyświetli na nazwy miejscowości na trasie ;)


wtorek, 13 września 2011

28. Japonia - Trzy pejzaże

To dopiero druga, po pocztówce z Tajwanu moja kartka z Azji. Przybyła do mnie wczoraj w 6 dni pokonując 8,740 km. Jednocześnie jest to druga pod względem dystansu moja pocztówka. Więcej na liczniku ma tylko ta z Arizony, która przeleciała (bo raczej nie przejechała) 9,627 km. Licząc, że Tuscon dostałam na początku maja, a drugiej Japnii oraz trzeciemu Tajwanowi (tylko 2 km mniej niż Japonia) dużo jeszcze brakuje km do 9,627, to sądzę, że na rekord przyjdzie mi poczekać do czasu kiedyś w końcu wylosują mnie komuś z Ameryki Południowej, np. z Brazylii, Australii czy komuś z bardziej odległej części Stanów Zjednoczonych. Niemniej w pocztówce japońskiej zakochałam się. I to nie tylko ze względu na to, że jest to jeden z trzech moich offów, który pokonał więcej niż maksymalnie 1400 km (bo takie mniej więcej odległości dostaję - Niemcy, Holandia, Finlandia, Rosja, Ukraina, Białoruś, Litwa...), ale także dlatego, że choć to multi to widoczki na tej kartce są tak śliczne, że mam ochotę sypnąć proszkiem flu, którego nie mam, w kominek, którego również nie posiadam i krzyknąć: Japonia, "Itskukushima" i być tam zaraz. Okazuje się zresztą, że ilu postcrosserow, tyle gustów, bo choć ja ją wprost uwielbiam, to kartka ta nie zdobyła dotąd dużej ilości
     Szykując się do stworzenia tej notki zaczęłam szukać informacji o miejscach przedstawionych na pocztówce. Okazało się, że nie zostały one wybrane przypadkowo. Przedstawiają one bowiem tzw "trzy japońskie pejzaże" najbardziej znane i reprezentacyjne miejsca widokowe Japonii, które w 1643 roku wybrał filozof konfucjański: Hayashi Razan.
 Zacznijmy więc od lewej strony przedstawiającej Itsukushimę, a raczej Torii (brama) w tej miejscowości  Brama ta jest częścią chramu Itsukushimy. Chram to świątynia dla wyznawców shintoizmu. Brama ta jest najbardziej rozpoznawalną częścią świątyni i jedną z najbardziej znanych w  całej Japonii. Znajduje się ona na liście UNESCO. Bramy te mają znaczenie symboliczne. Torii symbolizuje przejście od "świata skończonego" - fizycznego świata ziemskiego, którego końcem jest śmierć, do "świata nieskończonego" będącego światem kami (bogów). Nadawczyni - Harumi dziewczyna o przepięknym piśmie (to chyba charakterystyczne dla Azjatów, chłopak z Tajwanu również ma piękno pismo) pisze, że można przejść pod nią w czasie odpływu. Adresatka zresztą ma zamiar odwiedzić to miejsce i łodzią przepłynąć przez symboliczna bramę.
   Po prawej stronie na górze widoczny jest Ama-no-hashidate ( dosłownie: most do nieba). Jest to wąska mierzeja o długości ok. 3,3 km, porośnięta około 8 tys. sosen spinająca brzegi zatoki Miyazu ("Morza Japońskiego").
   Trzeci obrazek przedstawia zatokę Matshishima, ale przyznaję, że zdjęcie nie oddaje chyba nawet w połowie uroku całego "mini-archipelagu" małych wysepek, popatrzcie tylko tutaj.

czwartek, 8 września 2011

27. Hiszpania - La Gomera


Ta śliczna pocztówka to nagroda w loterii kanaryjskiej od Anusigd. Jednocześnie nagroda, którą udało mi się "zgarnąć" chyba w 3 minuty po rozpoczęciu loterii ;) Miałam farta, rozpoznałam Mostar w Bośni i Hercegowinie na zdjęciu organizatorki i oto nagroda ;) Bardzo mi się podoba i cieszy mnie tym bardzie, że już byłam pewna, że zaginęła gdzieś w przestworzach, ale gdy się już z nią pożegnałam przywędrowała do mnie. Jak głosi podpis zakupiona ona została na hiszpańskiej wyspie La Gomera. Tak stricte to najpierw przywędrowała ona do Ani, a później do mnie ma więc na liczniku jeszcze odległość Gdańsk - Katowice ;).
A La Gomera to przedostatnia (ale tylko co pod względem wielkości powierzchni) wyspa z Archipelagu Kanaryjskiego. Jest niewielka, ma tylko 378 kilometrów kwadratowych powierzchni - jest zatem niewiele większa od Krakowa i sporo mniejsza od Warszawy. (Kraków ma 326,8 km a Warszawa 517, km kw.). Zaznaczyć jednak trzeba, że La Gomera jest wyspą wulkaniczną... i mnie przynajmniej poraża myśl, że wulkany mają taką siłę by wypchać wyspę wielkości Krakowa... a nawet większe. Na La Gomerze głownym źródłem dochodu jest turystyka. Na wyspie tej znajduje się m.in. Park Narodowy Garajonay, w którym objęto ochroną unikatowe lasy wawrzynowe. Stolicą obszaru jest San Sebastian La Gomera. Hiszpanie chyba lubią nazwę San Sebastian. Przecież miasto o tej nazwie jest stolicą kraju Basków - regionu na północy Hiszpanii. Aż sprawdziłam z ciekawości czy św. Sebastian nie był jakimś iberyjskim świętym, ale chyba nie o to chodzi, bo był on świętym prawosławnym.
Poza tym ciekawostką jest to, że ta Kanaryjska wysepka to jedyne miejsce na świecie, gdzie w szkole naucza się miejscowego język gwizdów - reliktowego języka, w którym nie używa się w ogóle słów a jedynie tonów czy akcentów. Chciałabym to usłyszeć. Także jako filolog z pewnymi podstawami językoznawczymi... Co jeszcze? A to, że warto też pamiętać, że La Gomera jak i ogólem Kanary, choć administracyjnie należą do Hiszpanii, to terytorialnie już do kontynentu Afrykańskiego.

poniedziałek, 5 września 2011

26. Polska - Grunwald

Pocztówkę tę otrzymałam wraz z drugą -mazurską  oraz listem od koleżanki ze studiów Judyty. Dotarły praktycznie mówiąc na moje urodziny więc tym bardziej mnie ucieszyły. Myślę, że Grunwaldu nikomu przedstawiać nie trzeba. Każdy z nas uczył się o wielkiej bitwie pod Grunwaldem (w zachodnioeuropejskim piśmiennictwie określanej jako bitwa pod Tannenbergiem), jednej z największych w historii średniowiecza i jednocześnie jednego z największych militarnych zwycięstw w całej historii Polski. Choć nie  można zapomnieć o wojskach litewskich i smoleńskich pod wodzą Witolda i wielu innych nacjach. Od wielu lat na polach pod wsią Grunwald (województwo warmińsko-mazurskie) corocznie 15 lipca odbywają się uroczystości patriotyczne, których największą atrakcją jest inscenizacja bitwy w wykonaniu braterstw rycerskich z całej Polski. Najwięcej tłumów przyciągnęły zeszłoroczne obchody, gdyż w 2010 roku obchodziliśmy 600-lecie bitwy pod Grunwaldem. Koleżanka pisała też, że nie tylko tłumy turystów i amatorów historii, ale także niestety złodziei. Jej dziadek wrócił z obchodów bez telefonu. Najlepiej się tam wybierać z niewielką ilością pieniędzy i dobrze ukrytymi dokumentami. A na pocztówce widać m.in. pomnik-obelisk upamiętniający poległych rycerzy, amfiteatr z makietą przedstawiającą rozstawienie wojsk przed bitw i tzw. kopiec Jagiełły.