Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 27 lutego 2012

64. Polska - Solina

Dzisiaj przywędrowała do mnie m.in. ta pocztówki od Moniki. M.in. bo dostałam też trzy inne. Według nadawczyni, jest już nieco archaiczna, bo Solina wygląda dzisiaj inaczej.  Cóż, prawda jest taka, że nigdy nie byłam w województwie podkarpackim, w Bieszczadach więc, siłą rzeczy, również nie. Nawet chcieliśmy tam pojechać dwa lata temu na wakacje z Dominikiem, ale mieliśmy do dyspozycji kilka dni, a powiedzmy sobie szczerze, dojazd i powrót znad Soliny zająłby dwa, wybraliśmy więc wtedy Węgierską Górkę. Solina jednak marzy mi się od dawna, tak samo jak i mojej Mamie. Ale z nią to tak jest.... zawsze najpierw narobiła nadziei, że gdzieś pojedziemy na jakieś fajne rodzinne wczasy, a później była gadka - szmatka, że brak kasy, że to, że tamto, że pogodę złą zapowiadają, że Tato ma wolne w innym czasie itd, itpe... Nienawidzę  tych wykrętów. Kiedy już słyszę po raz kolejny: a pojedziemy w tym roku do Sandomierza, do Borów Tucholskich, albo nad Solinę, to mnie wręcz telepie, bo i tak dobrze wiem, jak to się skończy. Fakt, teraz już jestem trochę "za duża" na rodzinne wyjazdy i wczasy, ale przez kilka lat pod rząd, aż mnie roznosiło od tego gadania, a później i tak było "tour de Kożuchów, Działoszyn i Kcynia", bo tam się ma rodzinę, albo domek na wsi. Z moim Tatem jest inaczej, on lubi zwiedzać i jeździć i mam to po nim. A Mama podobno też lubi... podobno. Od długiego czasu wykręca się tym, że jest za stara na wycieczki i wiecznie tłumaczy się kasą. Cóż...
   Solinę kiedyś odwiedzę. Choćbym tam miała stopem pojechać. I nie odstraszają mnie nawet pogłoski o zalanych cmentarzach. O tutaj można sobie dokładniej o tym poczytać. Ogólnie mówiąc, do tej pory  różnie ludzie spierają się, że kiedy zalewano wioski, które wcześniej istniały w miejscu dzisiejszego zbiornika, nie zabezpieczono porządnie cmentarzy istniejących w tamtejszych wioskach. Tak konkretnie to zarzuca się, że nie ekshumowano i nie przeniesiono wszystkich ciał z aż pięciu cmentarzy do pobliskich wiosek. Jakoby jeszcze w latach 90 można było znaleźć wyrzucone na brzeg kości i fragmenty trumien. Sorry, jeśli kogoś zupełnie zniechęciłam do wyjazdu na Solinę, ale mnie to zupełnie nie rusza. Zapewne nie te jedno jezioro istnieje na dawnym cmentarzu, a poza tym, w każdym przecież jeziorze ktoś się utopił, więc niespecjalnie robi mi różnicę czy na dnie są stare cmentarze czy też iluś tam topielców. Bynajmniej nie mam zamiaru nurkować, bo ledwo umiem pływać ;) Poza tym, przecież zaporę  na Sanie zaczęto budować w  1960 roku, minęło już ponad 50 lat. 
   Dzisiaj Solina jest bardzo chętnie odwiedzanym przez turystów jeziorem. Nie można jednak zapomnieć, że zbiornik i tama powstały w zupełnie innym niż rekreacja celu. Sztuczne jezioro jest bowiem zbiornikiem retencyjnym, który miał chronić dolinę Sanu przed powodziami, ponadto zapora ma duże znaczenie dla energetyki, zbudowano na niej elektrownię o mocy 120 MW.
    Na zbiorniku istnieją trzy wyspy:  Duża, Skalista i Mała, zwana Zajęczą. Gdy wody jeziora mocno się obniżają ( a to niestety postępuje z powodu abrazji) wynurza się jeszcze wysepka zwana Zjawą .Ma genialną nazwę!
      Poza tym z Soliną kojarzy mi się piosenka Gąsowskiego "Zielone Wzgórza nad Soliną", którą często moja Babcia śpiewa (jej w ogóle wystarczy zadać temat, a znajdzie piosenkę, nawet o Barcelonie znalazła w pamięci piosenkę:):

ZIELONE WZGÓRZA NAD SOLINĄ,
I ZAPOMNIANYCH ŚCIEŻEK ŚLAD.
FLOTYLLE CHMUR Z NAD LASÓW PŁYNĄ,
WĘDROWNE PTAKI GONI WIATR.

A DALEJ WIDZISZ JUŻ HORYZONT,
DO NAS Z ODLEGŁYCH WRACA STRON.
I TO JUŻ WIECZÓR NAD SOLINĄ,
I CISZA KTÓRA ZNA MÓJ DOM.

NAD RZEKĄ NOC,W ULICZCE ZNÓW,
LICZY OGNIKI GWIAZD.
UŚMIECHNIJ SIĘ,NA PEWNO TU,
WRÓCISZ NIE JEDEN RAZ.

ZIELONE WZGÓRZA NAD SOLINĄ,
OKRYWA SZARYM PŁASZCZEM MROK.
NIE ŻEGNAJ SIĘ,CHOĆ LATO MINIE,
SPOTKAMY SIĘ TU,ZNÓW ZA ROK.

piątek, 24 lutego 2012

63. Anglia - West Cornwall


Na powyższe multi zamieniłam się z Przemkiem już prawie półtorej miesiąca temu. W zamian poszła mapka Kaszub. Osobiście średnio lubię mapki, ale to przecież kwestia gustu :) Ma  onawypisaną datę 13-sty stycznia. Mój brat miał wtedy studniówkę.. Heh, kiedy to było, kiedy ja byłam na moich dwóch studniówkach :)
   Jak na multi wyjątkowo mi się ta kartka podoba, bo pokazuje różnorodność regionu. Widać na niej, że rzeczywiście, jak pisze Przemek jest trochę zapomniana przez cywilizację i jeszcze wciąż dziewicza :) Jednocześnie pocztówka pokazuje też przemysłowy charakter tego regionu. Nie zapominajmy bowiem, że  jest to region na tyle różnorodny, że na terenie tego hrabstwa komitet UNESCO zatwierdził w 2006 roku kolejny z brytyjskich obiektów na liście światowego dziedzictwa. Nosi  on dokładną nazwę Krajobraz górniczy Kornwalii i Zachodniego Devon. Na stronie wiki można nawet znaleźć nawet dokładną rozpiskę tego co wchodzie w obręb tego site, a jest tych miejsc całkiem sporo.
   Muszę przyznać, że w moim przypadku ta rozpiska nie jest zbyt pomocna. A właściwie po prostu pocztówka nie jest zbyt pomocna w tej materii, więc nie mam pojęcia czy mam kolejną kartkę UNESCO-wą czy nie, bo zdjęcia na pocztówce choć są śliczne, nic mi nie mówią, nie umiem ich przypisać konkretnym "podobiektom" UNESCO-wym, dlatego mogę tylko mieć nadzieję, że owszem, mam kartkę UNESCO-wą.
  Czytając nieco o tych wszystkich kornwalijskich UNESC-ach, absolutnie zakochałam się w jednym z nich w Luxulyan Valley - jest to stroma i gęsto zalesiona  dolina rzeki Par. Jest ona wyjątkowa ze względu na to, że znajduje się w niej wiele 19 wiecznych szczątków przemysłowych. Znalazłam nawet stronę z pewnym towarzystwem  skupiającym się na ochronie tej doliny. Sprzedają nawet pocztówki. O takie piękne, chcę taką, chcę!  Jest przeeeeeeepiękna!
 
    Uwielbiam ruiny, wiadukty i zabytki poprzemysłowe. W końcu urodziłam się na Śląsku. Z jeszcze to wszystko w połączeniu z taka piękną przyrodą... Zdjecie z wiaduktem jest nieziemskie. W tle chyba widać na nim fragmenty wrzosowisk, które są symbolem tego najbardziej wysuniętego na zachód hrabstwa Kornwalii.
     I tak na koniec. Zgadnijcie z czym kojarzy mi się Kornwalia? Nie tylko z nazwą mojego ulubionego kwiatu. Także z pewną książką młodzieżową, którą czytałam mają lat naście, była chyba jednak całkiem dobra, skoro zapamiętałam z niej bardzo wiele. Chodzi mianowicie o Plagę która jak sądzę jest bardzo podobna w fabule do dzisiejszego młodzieżowego bestsellera noszącego tytuł Jutro. Ogólnie mówiąc w obu przypadkach wszystko zaczyna się kiedy grupa nastolatków wraca z jakiegoś odludnego miejsca, z survivalu i zostaje świat po apokalipsie. Drugiego nie czytałam, ale w pierwszej z tych książek Londyn dotknęła jakaś zaraza, która spowodowała śmierć prawie wszystkich mieszkańców. Oczywiście daleko tu do realizmu choćby Kinga (odór, smród, choroby powstające na skutek gnicia setek ciał, zablokowane miasto, gdzie tam, w  Londynie po apokalipsie nadal działają telefony, bo przecież generatory mogą pracować same, prawda?). Mniejsza z tymi uszczypliwościami. Dlaczego kojarzy mi się z Kornwalią? Bo do dzisiaj pamiętam, że główna bohaterka, postanawia opuścić Londyn, w którym ocalała prawie i wyłącznie garstka nastolatków. Wraz z jakimś chłopcem (i może drugą koleżanką) wyruszają na poszukiwania ziemi obiecanej, wolnej od zarazy. Co jest tą ziemią obiecaną? Właśnie Kornwalia, główna bohaterka uparcie twierdzi, że w krainie wrzosu nadal pozostają zdrowi ludzie i ciągle tylko podtrzymuje przyjaciela na duchu wizją tego hrabstwa i domu swoich dziadków. Naiwniara ;) Cornwalii jej się chcialo Mogla lepiej na kontynent przez kanał La Manche uciekać.

wtorek, 21 lutego 2012

62. Korea Południowa - Seul ( Zespół pałacowy Ch'angdokkung)

  Pozazdrościłam Mishi UNESCO-wych pocztówek i też się muszę pochwalić swoja ;) Jak dotąd to ostatnie UNESCO jakie otrzymałam. Hali Stulecia nie umiem się doczekać już półtorej tygodnia :(.  No, ale powiedzmy sobie szczerze z polskiej perspektywy koreańskie UNESCO jest o wiele bardziej egzotyczne niż swojska wrocławska Hala Ludowa ;)
   Tak samo jak prezentowaną trzy posty wcześniej Mikronezję dostałam ją od Ani jako nagrodę w loterii Bynajmniej nie przekupilam randomizera, że wygrałam aż dwa razy. Nie wiem nawet czym można by było przekupić te złośliwe zwierzę. Ono albo Cię lubi, albo nie. Mnie lubi czasem. Na szczęście to czasem przypadło mu akurat wtedy, kiedy Anna losowała zwycięzców.  I oto kilka dni później , w przedostatni dzień stycznia (japońska poczta jest diabelnie szybka!) do mojej skrzynki zawitała m.in. ta pocztówka. Trzeba też dodać, że na szczęście, bo wraz z nią znalazłam w skrzynce same badziewia.. jakieś paskudztwo z Holandii i beznadziejnego offa od Polki mieszkającej w USA, która najwyraźniej przeczytała mój profil, bo wyłapała i nie omieszkała mnie poprawić, że "you" nie powinno się pisać z dużej, ale chyba w ogóle nie wzięła sobie do serca tego o co prosiłam, bo przysłała offa z gatunku, takich, jakich nienawidzę. Zatem, pocztówka od Ani, była świetną pociechą.
   Kiedy jeszcze przeczytałam, że to jakieś "ichnie" UNESCO, to ucieszyłam się tym bardziej ;) Faktem jest, że kolejnych kilka dni zajęło mi rozszyfrowanie jakie to dokładnie obiekt jest, bo choć kartka jest śliczna, to jednak trochę anonimowa ;) Powiedzmy sobie szczerze: gdyby z tyłu nie było napisane, Korea - Seul, równie dobrze mogłabym ją wziąć za japońską bądź chińską.
   W końcu jednak metodą prób i błędów i wykluczeń dowiedziałam się, że na pocztówce przedstawiono jeden z elementów architektonicznym w ogrodzie pałacowym zespołu Ch'angdokkung (nie wiem co musiałabym wypić, by to wypowiedzieć poprawnie). Powstał on, kiedy na początku 15 wieku, król Taejong nakazał budowę nowego pałacu w bardziej przychylnym miejscu niż jego dotychczasowa siedziba (?) Zespół ten w zamiarze miał być kompleksem, składającym się z wielu oficjalnych i mieszkalnych budynków.  Jest wyjątkowym przykładem architektury pałacowej Dalekiego Wschodu, która doskonale harmonizuje się z otoczeniem. Podobno jest to bardzo rozległy kompleks, około 15 hektarów, jest więc tam sporo zwiedzania.
    Na dodatek dopiszę, że nie dość, że jest to pocztówka UNESCO-wa, to jeszcze wpisuje się idealnie w moją kolekcję kartek ze stolic państw ;)

piątek, 17 lutego 2012

61. Norwegia - Borgund Starvkirke (kościół klepkowy)

Ta śliczna pocztówka zawitała do mojej skrzynki pocztowej dzisiaj. I była poniekąd pocieszeniem w tym marnym pocztówkowo tygodniu... Prócz pakietu od nieocenionego Janka, nie dostałam bowiem nic. Jaki poniedziałek, taki cały tydzień. Nie muszę więc dodawać, że z wygranej w norweskiej loterii Zielonej Kredki ucieszyłam się niezmiernie, ale też nieco zdziwiłam, bo dotarła szybciej niż kartki wysyłane (jakoby) ponad tydzień temu z Polski... No cóż, już nie pierwszy raz pocztówki ze Skandynawii docierają do mnie w 2-3 dni.  To już druga moja pocztówka z tego mroźnego państwa. Już kilka miesięcy temu otrzymałam stamtąd offa, jednego z moich ulubionych zresztą.
   Kiedy wyciągnęłam ją ze skrzynki, moją pierwszą myślą było: Umawiałam się z kimś na Świątynię Wang w Karpaczu?! Druga myśl: Jakiś off, ale skąd? Trzecia: Aaaa Norwegia, tak szybko? Kolejną było: Super, mam kartkę UNESCO-wą ;). Po chwili, gdy już sobie wygooglałam nazwę Borgung starvkire, okazało się, że to nie ten kościół klepkowy jest na norweskiej liście UNESCO, a ten z Urnes. Starszy o jakieś 20 lat - najstarszy w ogóle kościół klepkowy. Na pocztówkach z Norwegii często jest jednak widoczny kościółek z Borgund, bo jest on lepiej zachowany. Powiedzmy sobie szczerze, jest jedynym w pełni zachowanym  (w nienaruszonym stanie, co trzeba podkreślić) do dzisiaj kościołem tego typu. Szkoda, że Borgund nie jest UNESC-iem ale cóż i tak mi się bardzo podoba ta pocztówka.
   Pisałam już kilka razy, że jest to tzw kościół klepkowy, in. słupowy lub masztowy. A co to w ogóle jest? Gdybym miała odpowiedzieć jako kobieta laik, powiedziałabym pewnie, że to drewniany kościółek zbudowany bez użycia ani jednego gwoździa. To chyba jednak za mało powiedziane, oddam więc głos cioci wikipedii, mając nadzieję, że nie kłamie: Kościół klepkowy to bowiem:

szczególnego rodzaju drewniany kościółek norweski. Wznoszone one były  od X do XIII w., w czasach gdy wiara chrześcijańska mieszała się z wierzeniami w pogańskich bogów wikińskich. Kościoły te należą do najstarszych drewnianych zabytków  Są to świątynie o konstrukcji słupowej (stave), a dokładniej - "słupowo-klepkowej". Trzon konstrukcji stanowi szkieletowa rama złożona z pionowych słupów narożnych spiętych następnie długimi deskami (klepkami), które nakładane pionowo tworzą ścianę kościoła. Kościoły budowane były różnymi technikami, w zależności od regionu i okresu ich konstrukcji. Najprostsze mają jedynie jedną nawę i małe prezbiterium oraz dach oparty na ścianach. Kościoły o najbardziej złożonej konstrukcji posiadają trzy nawy oraz znaczną wysokość. Pokryte są stromym dachem krytym gontem. Kalenice zakończone są najczęściej rzeźbami smoków.

    Do dzisiaj w Norwegii pozostaje zachowanych 28 kościołów oficjalnie uznawanych za średniowieczne stavkire. Dodatkowo w Askim na południu tego kraju zbudowano współczesną wersję tego typu kościoła. Jest to jedyny współczesny kościół klepkowy na świecie. Prócz wymienionych istnieje jeszcze kilka, w których jednach dokonywano zmian konstrukcji, dlatego nie uznaje się ich za "czyste stavkirke".
   No i właśnie.. Okazuje się, że to moje skojarzenie z Karpaczem wcale nie było złe. Świątynia Wang, to bowiem przeniesiony z Norwegii w XVIII wieku kościół klepkowy.  No powiedzcie, że świątynia z Karpacza nie jest na pierwszy rzut oka podobna? No dobra, trochę tylko :P


    
A poza tym. Bardzo proszę, niech mi ktoś mądrzejszy powie, jak do diaska można przenieść cały kościółek?! Teraz pewnie bym sobie obejrzała programy typu" jak przenieść wielkie rzeczy" z rodzaju tych prezentowanych przez Discovery i bym wiedziała, ale w pierwszej połowie XVIII wieku?                                     

poniedziałek, 13 lutego 2012

60. Polska - Łódź


   A dzisiaj przyszła kolej na pocztówki z Łodzi. Mam już w kolekcji trzy ;) Dwie od Domixona, tę powyżej i tę, którą otrzymałam w piątek  - z Manufaktury, trzecią zaś otrzymałam od przyjaciółki z lat szkolnych, z którą sześć lat chodziłam do jednej klasy, a która kilka lat temu wyprowadziła się do centralnej Polski, by tam studiować prawo. Miałam jeszcze kiedyś czwartą od koleżanki z lat dziecięcych, która jest rodowitą Łodzianką - Ani, ale co się z nią stało, to nie wiem, zachowały się zagraniczne kartki od niej (m.in. Augsburg i Callela) i Zakopane, a Łódź wcięło.
  Do Łodzi wybieram się już od dłuższego czasu. Mamy domek w łódzkim, (choć na obrzeżach,  kilka kilometrów dalej jest jeszcze śląskie), a konkretniej w starym sieradzkim, niedaleko Wielunia. Nie tak daleko do Łodzi ze 100 km? Trochę więcej? Nawet PKS-y kursują stamtąd do Łodzi, jeden na dobę, ale jeżdżą :P. A ja jeszcze nigdy nie byłam w Łodzi. Zuza zaprasza mnie już ze dwa lata, a ja albo nie mam czasu, albo kasy, albo jedno i drugie, albo Zuzy nie ma w Łodzi... no i tak schodzi. W listopadzie już mnie prawie przekonała do przyjazdu, namawiając mnie na przyjazd na koncert 30 Seconds To Mars, zwłaszcza, że miał bilet za pół ceny.. i na dodatek miałabym też podwózkę taniej, bo nasza wspólna kumpela jechała do Łodzi z Siemanowic... Gdybym miała te cholerne stypendium, to bym przyjechała, ale niestety nie mogłam wydać połowy dostępnych mi pieniędzy na wyjazd do Łodzi. W ramach pocieszenia dostałam tę pocztówkę (bynajmniej nie z autografem Jareda, ale i tak mnie ucieszyła ;))
    
Kiedyś się jednak wybiorę. Najchętniej w czasie siatkarskiej Ligi Światowej na mecz naszej reprezentacji. Uwielbiam siatkówkę, a od dłuższego czasu, Łódź "podbiera" nam organizację fajnych imprez i finały imprez (jak choćby ME kobiet trzy lata temu). No cóż, pociesza mnie to, że u nas przynajmniej był w tamtym roku Memoriał Huberta Wagnera i mecz w ramach ligi z Brazylią, a jak już na coś iść, to na mecz z Grande Brazilia! (która już powoli przestaje być grande, ale odbiegam).
    Z chęcią bym się przeszła Piotrkowską, najdłuższą handlową ulicą i zobaczyła wszystkie te "rekordy" o których pisał Dominik ;) - jak choćby widoczny na pierwszej pocztówce jeden z największych kompleksów leśnych leżących w obszarze miasta w Europie - Las Łagiewnicki. Największą fontannę, ogromny mural na Piotrkowskiej... z chęcią zobaczyłabym miasto pełne secesji i obfitujące w zabytki z wielu epok, szczególne wrażenie na zdjęciach robi na mnie Pałac Poznańskiego.
   Jeśli już wspomniałam łódzkie rekordy a także Izreala Poznańskiego, to nie można zapomnieć o Manufakturze, jest to bowiem największe centrum handlowo-usługowo-rozrywkowe w Polsce i jedno z największych w Europie, które znajduje się w Łodzi, pomiędzy ulicami Zachodnią, Ogrodową, Drewnowską i Karskiego. Powstało ono na miejscu dawnej fabryki Poznańskiego. Wyrabiano w niej płótno - nie zapominajmy, że Łódź to do dziś miasto kojarzące się przemysłem włókienniczym i tkackim.
    Oto jak Manufaktura (od manu- ręka facio- robić) wygląda dzisiaj (pocztówka od Dominika).
                                                                                              
   Wydaje mi się, że Łódź fajnie rozwiązała problem szpecących miasto zabytków industrialnych. Uczyniła z nich wizytówkę miasta. Powoli daje się to zauważyć też w innych miastach. Również w Katowicach, ponownie wykorzystano tereny i budynki Huty Baildon i Kopalni Gottwald przy budowie centrum handlowego, symbolem Silesii, widocznym z daleka jest przecież dawna kopalniana wieża wyciągowa z nałożonym nań świetlistym S. Cieszy mnie też fakt wykorzystania terenów kopalnianych do budowy nowej siedziby Muzeum Śląskiego. Jakie inne miejsce może się lepiej nadawać do oddania historii Śląska, jeśli nie byla kopalnia? Z tego co wiem, to właśnie władze naszego miasta, biorą przykład m.in. z Łodzi. I dobrze, skoro w Łodzi mają świetne pomysły? To dlaczego nie!
   I tak na koniec moich skojarzeń z Łodzią. Miasto to nieodłącznie kojarzy mi się z "Ziemią Obiecaną"  Reymonta w reżyserii Wajdy. Książka oczywiście też jest świetna, ale Wajda genialnie oddał drapieżny charakter ówczesnej Łodzi - jest tam taka czarna, smolista, przytłaczająca i zadymiona. Z "Ziemią Obiecaną" z kolei kojarzy się nieodłącznie wielokulturowość... mamy tu przecież Polaka, Żyda i Niemca.  To musi być ciekawe miasto, chociaż na pewno już nie jest takim tyglem kulturowym jak przedwojenna Łódź, z której wywodził się m.in. Tuwim.
   Ale mi długa notka wyszła ;)

wtorek, 7 lutego 2012

59. Micronesia - Ulithi Atoll


Dzisiaj przywędrowała do mnie najbardziej egzotyczna kartka ze wszystkich jakie w tej chwili posiadam ;) Jednocześnie jest to pierwsza moja pocztówka z kontynentu Australia i Ocenia. Oczywiście wygrałam ją od Ani, gdybym miała zdobyć pocztówkę z Mikronezji jakaś inną drogą, to chyba bym czekała do emerytury, zważywszy na to, że z Mikronezji, na PC nie ma żadnego użytkownika i w ogóle wysłano stamtąd jedną kartkę... ever. Z Karolinów, bo na tym archipelagu dokładnie leży atol Ulithi w ogóle nie zarejestrowano żadnej. No, więc chyba już nie muszę dalej tłumaczyć, że strasznie mi się fartnęło z tą pocztówką?
 Atol Ulithi leży na zachodnim obszarze Pacyfiku, odległego o 191 kilometrów (103 mile morskie) od wyspy Yap. Składa się z około 40 niewielkich wysepek o łącznej powierzchni 4,5 km² otaczających lagunę długą na około 30 km i szeroką na około 15 km, co czyni ją czwartą co do wielkości na świecie przy powierzchni 548 km. Na dnie laguny otaczającej atol spoczywa kilka wraków okrętów z II wojny światowej. Łączność ze światem utrzymywana jest przez lotnisko na Falalop, gdzie znajduje się również niewielki hotel i kąpielisko, stacja paliw i jedna z trzech szkół publicznych stanu Yap. Mogmog jest siedzibą głównego wodza atolu, chociaż każda z zamieszkanych wysp ma własnego wodza. Po zbudowaniu elektrowni kilka wysp posiada dziś dostęp do energii elektrycznej. Pojawiła się też telewizja satelitarna i telefonia komórkowa, co znacznie ułatwiło mieszkańcom kontakt ze światem zewnętrznym.
  Nie sądzicie, że trochę szkoda? Kolejne dziewicze miejsce, nie tknięte prawie cywilizację "zniszczono" przez budowę elektrowni i zapewnienie dostępu do telewizji i Internetu, niedługo ruszą tam tysiące turystów i zniszczą piękno tego miejsca. Czy już nie można zostawić nic bez dostępu do telewizji?!

czwartek, 2 lutego 2012

58. Włochy - Siena


Przyszła kolej na moją jedyną jak dotąd pocztówkę otrzymaną z Włoch. Włoskich kartek mam sporo, ale ta jako jedyna ma stempelek i znaczek stamtąd. Była to zresztą także pierwsza moja wygrana kartka w  loterii zagranicznej na forum. Wygrałam ją od Adama i po jakimś czasie, kiedy już zaczynałam się niecierpliwić, bo prawie wszyscy już otrzymali swoje wygrane, w końcu i do mojej skrzynki zawitała słoneczna Italia.
   Ta pocztówka sprawia wrażenie, jakby z jakiegoś zdjęcia wycięto historyczne zabudowania Sieny i wklejono je na błękitne tło ;) Aż się nie chce wierzyć, że niebo może być tak błękitne i bezchmurne (te białe plamki to zadrapania na lakierze, a nie chmury ;)). Z tyłu pocztówki widnieje wiadomość, że w dniu, którym Adam wypisywał wiadomość, na termometrze było 32 stopnie Celsjusza. Hm... dzisiaj w nocy było i 31.... Co razem dalej 63 stopnie różnicy..
   A na widokówce oczywiście zabytkowe stare miasto Sieny, wpisane na listę UNESCO w 1995 roku ;)